| Data wyprawy: | 2009-04-26 |
|
| |
Bliskie spotkania z greckimi wyspami miałam już wcześniej, spędzając tydzień na Santorini i tydzień na Krecie. Teraz jednak udało mi się spełnić marzenie i liznąć nieco Grecji kontynentalnej. Dzięki pomocy znajomych wynajęliśmy wcześniej samochód w Haniotis Cars ( ze zniżką przedsezonową na 10 dni po 32 euro za dobę + dodatkowe 4 dni gratisowe ), a przez Biuro Podróży Rainbows Tour, gdzie pracuje moja koleżanka udało nam się zarezerwować lot czarterowy do Salonik za jedyne 340 zł od osoby w obie strony. W ten sposób 26 kwietnia o 11:10 czasu wschodnioeuropejskiego wylądowaliśmy w stolicy Macedonii. Na lotnisku czekał już na nas zamówiony wcześniej samochód, ale małym problemem okazało się zapakowanie do niego bagaży, bowiem Fiat Punto nie grzeszy zbyt obszernym bagażnikiem. Można co prawda byłoby położyć walizki na tylnym siedzeniu, ale Dimitrios, z którym podpisywaliśmy umowę wynajmu samochodu, przestrzegł nas przed zostawianiem rzeczy w widocznym miejscu, jeśli mielibyśmy zostawić samochód i udać się na zwiedzanie. Za jego poradą wypakowaliśmy więc wszystko bezpośrednio do bagażnika, a nasz nowy znajomy zobowiązał się oddać nam walizki przy zdawaniu samochodu. Kierunek zwiedzania obrany został na Półwysep Chalcydycki. Na pierwszy rzut zwiedziliśmy Jaskinię Petralona z cudną szatą naciekową. I tu muszę powiedzieć, że pośród innych jaskiń, które zwiedzałam, ta wywarła na mnie duże wrażenie. Następnie wynajęliśmy nocleg w Nea Moudania i popołudnie spędziliśmy na spacerze po miasteczku. Kolejne dni to podróż po dwóch palcach Półwyspu Chalcydyckiego: Kassandrze i Sithonii. Na pierwszy rzut Kassandra, gdzie kolejno zajrzeliśmy do Nea Potidea, Nea Fokea, Afitos, Kalithei, Kassandri, Fourka, Possidi, Nea Skioni, Paliouri ( a właściwie na Przyladek Agios Nikolaos ) i wschodnim wybrzeżem wzdłuż przybrzeżnego Jeziora Glarokovos przejechaliśmy przez Haniotis i Pefkohori do Kriopigi, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg. Z tej wycieczki najbardziej podobało mi się Afitos, należące do najstarszych i najpiękniejszych wsi na Półwyspie Chalcydyckim, gdzie zachowało się sporo XIX-wiecznych domów zbudowanych z nieotynkowanego kamienia. Duże wrażenie wywarła też na mnie położona tuż przy nabrzeżnej drodze, ok. 3 km za Nea Skioni, kaplica Panagia Feneromeni, której sercem jest słynąca łaskami ikona Matki Bożej, namalowana na otynkowanym marmurze. No i te cudne, niezapomniane widoki na Zatokę Termajską roztaczające się za Nea Skioni oraz na Zatokę Kassandryjską z Przylądka Agios Nikolaos. Prawdziwa uczta dla duszy. Drugi palec Chalcydycki to wizyta w Ormilia i położonym nieopodal klasztorze Evangelismos, który sprawia wrażenie niewielkiego, warownego miasta. Mniszki są nawet miłe, częstują kawą i grecką galaretką oraz bawią nas przez godzinę rozmową, ale nie pozwalają na wyjście poza teren ogrodu a nawet na fotografowanie z zewnątrz obiektów klasztornych. Następnie zaglądamy do Metamorfossi, zawdzięczającemu, jak pisze w przewodniku, swój urok pobłyskującemu na czerwono stromemu brzegowi. Niestety, chyba osoba pisząca przewodnik bardzo tu przesadziła, bo albo oślepłam, albo nie mogę się dopatrzyć tego stromego, czerwonego brzegu. Coś tam i owszem czerwonawego, majaczy w dali za miasteczkiem, ale nie wzbudza szczególnego zachwytu. Później zatrzymujemy się w Nikitas, Patrhenosas i Porto Kaufos. Dalej przez prawie niezamieszkałe, dziewicze tereny górskie przemieszczamy się ku wschodniemu brzegowi Sithonii, podziwiając wspaniałe widoki na wybrzeże i widniejącą w oddali świętą górę Athos. Przejeżdżając przez Sarti podziwiamy domostwa, których fasady oplatają malowniczo bugenwille i hibiskusy, a pomiędzy Półwyspem Mega Tichos, a okolicami Vourvourou zachwycamy się licznymi wysepkami osłaniających zatokę od otwartego morza. Przyjemną przystań na nocleg znajdujemy w Ormos Panagias. Czas ruszać na Peloponez. Rozważamy jeszcze zatrzymanie się w Salonikach, ale jakoś nie mam ochoty zatrzymywać się w tym wielkim mieście, które w moich wyobrażeniach porównuję z kreteńskim Iraklionem. Małżonek też nie ma specjalnej ochoty na przemieszczanie się ruchliwymi ulicami, więc mkniemy, ku temu, co nas interesuje, a więc w okolice Meteorów, zachwycając się po drodze Masywem Olimpu prześlicznym Wąwozem Tembi. Nocleg znajdujemy w hotelu Galaxy w Kalambace i po spłukaniu z siebie podróżnego kurzu idziemy na spacer po miasteczku, które położone jest u stóp ostańców piaskowych, ukształtowanych przed milionami lat przez spływające do morza masywy wody. Następny dzień to zwiedzanie zachwycających klasztorów w Meteorach i podziwianie z góry cudownych widoków na Płaskowyż Tesalski. Formy skalne przybierające kształty szpikulców, grzybów i stożków oraz pobudowane tu na miejscu dawnych pustelni klasztory przywołują mi na myśl Szymona Słupnika. Może on wcale nie siedział na słupie, ale obrał sobie swoją samotnię na takiej właśnie samotnej, stromej skale. Opuszczamy z żalem Meteory i podążamy do położonych na zboczu Parnasu Delf, które dla starożytnych Greków było centrum świata. Nie bez kozery znajdował się tu omphalos, czyli pępek ziemi. Wieczorkiem, po znalezieniu noclegu, włóczymy się jeszcze po malowniczo położonej nowej wiosce, a rano wyruszamy na zwiedzanie starożytnych Delf, dokąd niegdyś przybywały rzesze pielgrzymów w nadziei na uzyskanie odpowiedzi na nękające ich wątpliwości. Bez znaczenia przy tym był fakt, że przepowiednie Pytii były zazwyczaj mroczne, zawiłe i wieloznaczne, ważne było, że tak, czy siak się sprawdzały. Delfy robią na minie ogromne wrażenie. Usytuowane przy Świętej Drodze skarbce stawiane przez poszczególne miasta-państwa stanowiły swoistą reklamę polis i świadczyły o ich potędze i znaczeniu w ówczesnym świecie. Wyryte na murze transkrypcje świadczą o historii wyzwolonych niewolników. Ruiny Świątyni Apollina dają wyraz temu, jaki znaczenie miało to miejsce w antycznej Grecji znajdując się pod ochroną związku miast-państw greckich, zwanego amfiktionią. Wyobraźnia podsuwa mi obrazy poetów i filozofów, którzy czerpali natchnienie z szemrzących wód Źródła Kastalskiego, a teatr i stadion przypominają o tym, że ludzie szukali tu nie tylko uchylenia rąbka przyszłości lecz również i zabawy oraz wytchnienia od codziennych obowiązków. Jeszcze zejście w dół zboczy Parnasu do okręgu Marmaria, gdzie kiedyś znajdowała się świątynia Ateny Pronaja oraz okrągła budowla zwana tolosem. Po drodze mijamy pozostałości po gimnazjonie i palestrze, gdzie niegdyś w tym pierwszym przygotowywali się do zawodów biegacze, a w drugim zapaśnicy i niestety trzeba jechać dalej, ku stolicy Grecji, do której ciągnie mnie historia. Ateny położone są w niewielkiej dolinie pomiędzy górami otaczającymi ją niczym amfiteatr. Od wschodniej strony widać tu góry Hymettos (Imitos), do północnego zachodu Ajgaleos (Egaleos), od północnego wschodu Pandeli a od północy Parnis. Scena amfiteatru otwiera się w kierunku południowym, ku rozległej Zatoce Sarońskiej, gdzie pływają licznie jachty, promy, katamarany, wodoloty i statki towarowe. Nie przypadkowo wybraliśmy pobyt w Atenach podczas weekendu, bowiem poruszanie się samochodem po tym ogromnym mieście to prawdziwa sztuka. W piątek wieczorem jest tu względnie spokojnie, bo większość mieszkańców wybyła na wypoczynek i rodzinne spotkania do miejsc swego urodzenia. Dzięki temu w piątkowy wieczór przejeżdżamy spokojnie do miejsca zarezerwowanego noclegu. Natomiast opuszczenie stolicy Grecji w poniedziałek, to istny horror. Za nic tu mają światła i znaki drogowe. Prawdziwy cud, że udało nam się wyjechać stamtąd cało. Ale wróćmy do kontynuowania wspomnień z podróży według chronologii zdarzeń. Po zakwaterowaniu się w hotelu postanawiamy zjeść kolację w Pireusie, przy okazji przyglądając się trochę temu miastu. I faktycznie, jak mówili mi znajomi, ma ono specyficzny klimat. Szczególnie urocze jest w rejonach małego portu tureckiego, gdzie kolację można zjeść patrząc bezpośrednio na morze. Następnego dnia na pierwszym planie zwiedzanie Akropolu. Wrażenie niesamowite, a mnie przychodziły na myśl słowa piosenki: „Spójrz cudzoziemcze tam wysoko, ta biała plama to Akropol, przetrwał własny czas, o krok dwudziesty wiek... ryk odrzutowca w ciszę wpadł, a tam kamienny świat, w swym kamiennym śnie tysiące lat.” Aż się poryczałam ze wzruszenia. Potem przejście u stóp Akropolu przez Teatr Dionizosa, a następnie wzdłuż malowniczych uliczek Tholou, gdzie niespodziewanie zobaczyliśmy małe pobielone domki, jakby żywcem przeniesione z którejś z greckich wysp. Dalej Agora Grecka z pięknym Hefajstejonem i Agora Rzymska z Wieża Wiatrów, zwaną też Zegarem Andronikosa Kyrrestesa,. Jeszcze krótki spacer po nieco egzotycznej dzielnicy handlowej Plaka, a wieczorem wypad na Wzgórze Muz, na szczycie którego stoi Monument Filopaposa i skąd roztacza się wspaniały widok na Akropol i Ateny nocą. W niedzielę wizyta w Narodowym Muzeum Archeologicznym, będącym miejscem jednym z największych na świecie zbiorów sztuki starożytnej. W zachwyt wprawiły mnie tu maleńkie posążki z brązu, gdzie rzeźbiarz z IV w. p.n.e. wiernie odzwierciedlił wszystkie detale ludzkiego ciała. Aż niewiarygodne, że w tak miniaturowym wydaniu starożytni potrafili wiernie oddać każdy mięsień, wystylizować każdy paluszek ręki, pokazać grymas twarzy. Ciekawą i wspaniałą cześć zbiorów stanowią też zabytki mykeńskie. Znajdują się tu złote wyroby z grobów w Mykenach, m.in. Złota Maska Agamemnona wydobyta w 1876 r. przez H. Schiliemana, złote brosze, kolczyki i naszyjniki. Muzeum jest tak ogromne, że chcąc dogłębnie przyjrzeć się wszystkim zbiorom trzeba by spędzić w nim co najmniej dwa dni. My jednak ograniczyliśmy się do czterech godzin i maszerując wzdłuż tzw. Tryptyku Ateńskiego, na który składa się Biblioteka Narodowa, Uniwersytet Ateński i Akademia Ateńska, doszliśmy do Parlamentu, aby podziwiać taneczną zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Następnie poprzez Ogród Narodowy przeszliśmy do ruin Świątyni Zeusa Olimpijskiego, a potem przez Łuk Hadriana podążyliśmy dalej do stadionu olimpijskiego zbudowanego w IV w. p.n.e., który odrestaurowany w 1895 r. stał się miejscem pierwszych nowożytnych igrzysk olimpijskich w 1896 r. Żeby dogłębnie poznać Ateny dwa i pół dnia to zbyt mało. Brakło czasu, aby wejść na Wzgórze Likavittos, nie zwiedziliśmy cmentarza Kerameikos, nie zajrzeliśmy do wielu uroczych bizantyjskich kościołów i do Palmiarni w Ogrodach Narodowych, nie odwiedziliśmy licznych, zgromadzonych w tym mieście muzeów. Ale nic to... Może będzie okazja, aby tu powrócić. Kolejne dni upływają na oglądaniu Świątyni Posejdona na Przylądku Sunion, piciu leczniczych wód w Loutraki, podziwianiu starożytnego Koryntu i wąziutkiego Kanału Korynckiego, zagłębianiu się w historię liczących ponad 3,5 tysiąca lat Myken, spacerze po pierwszej stolicy Grecji Nafplio, gdzie uliczki Starego Miasta obficie ukwiecone są bugenwillami, zwiedzaniu Epidauros słynącego z Sanktuarium Asklepiosa i wspaniale zachowanego Teatru Greckiego, kąpieli w gorących źródłach termopilskich, odwiedzeniu starożytnej Peli, gdzie narodził się Aleksander Macedoński. Zachwycamy się pięknymi widokami, kontemplujemy historię tego wspaniałego kraju, smakujemy greckiej kuchni popijając Retsinę Malamatsinę o żywicznym posmaku. Podobno komu smakuje ten trunek, ten zakocha się w Grecji i będzie do niej powracał. Mnie bardzo smakował, więc mam nadzieję, że jeszcze nie raz do Grecji zawitam. Podsumowując podróż muszę powiedzieć, że Grecja spełniła moje oczekiwania, choć czuję niedosyt tak krótkiego pobytu. Zachwyciły mnie starożytne wykopaliska, kultura pradawnych Greków, wznoszone przez nich monumentalne budowle, piękna ceramika i wspaniałe rzeźby. Mimo, że Zeus nie był dla nas przychylny, bo Mitikas, najwyższy szczyt Masywu Olimpu, krył się przed nami w chmurach inne greckie szczyty ukazywały nam swoje piękne oblicze piętrząc się na tle błękitnego nieba. Jak przystało na Grecję nasz 14 dniowy pobyt przebiegał leniwie i bez pośpiechu. Delektowaliśmy się krajobrazami, spędzaliśmy czas w licznych tawernach, zaglądaliśmy do bizantyjskich kościółków i uroczych cerkwi pełnych przecudnych ikon, rozmawialiśmy z otwartymi, życzliwymi mieszkańcami Hellady, podziwialiśmy ukwiecone domostwa, gaje oliwne, migdałowe figowe, pomarańczowe i cytrynowe. Zażywaliśmy kąpieli morskich w uroczych zatoczkach o krystalicznie czystej wodzie i w gorących źródłach termalnych. Odwiedzaliśmy lokalne targowiska i małe sklepiki. Smakowała nam zapiekana jagnięcina exochiko, greckie szaszłyki suflaki oraz juvetsi - zapiekany makaron z mięsem. Żal było wyjeżdżać i wracać do pełnej stresu codzienności.
| |


































