Wskazówka
Utwórz swoje konto. Zalogowani użytkownicy mogą dodawać relacje z wypraw, opisywać odwiedzane miejsca oraz udostępniać fotografie
Logowanie
Login:
Hasło:
Załóż konto
Zapomniałeś hasła?
WYPRAWA - "Jeziora pólnocnych Włoch"
Ilość odsłon: 299
Dodany przez aseretka 2010-11-25 18:59:47
Data wyprawy:2007-04-28

Długi, majowy weekend 2007 r. przewidywał głównie pobyt nad jeziorami Garda i Maggiore. Przemieszczając się z jednego campingu na drugi zapragnęło mi się jednak zobaczyć też i inne włoskie jeziora takie, jak: Iseo, Como, Orta i Lugano. Łącznie przejechaliśmy 3917 km. Poniesione koszty to:

-          7 noclegów w namiotach Eurocampu – 70 euro,

-          paliwo (olej napędowy) – 434 zł + 170 euro,

-          autostrady – 21,60 euro,

-          parkingi – 6,60 euro i 3 FCH,

-          jedzenie – 71 euro,

-          wstępy do wybranych obiektów – 102 euro. 

Łączny koszt wycieczki dla 4 osób zamknął się więc w kwocie około 2160,00 zł. Licząc w zaokrągleniu wydatek na jedną osobę  ok. 540,00 zł. Do tego trzeba by jeszcze doliczyć niewielkie koszty  zakupu żywności jakie zrobiliśmy w Polsce w przeddzień wyjazdu. Nie liczyłam dokładnie, ale myślę, że na zawekowane w słoikach mięso, szynkę konserwową, opakowanie suchej krakowskiej oraz salami, kabanosy, 4 puszki rybne, 4 puszki konserw mięsnych i trochę słodyczy,  nie wydaliśmy więcej niż 120 –160 zł. Jak więc widać możliwe jest spędzenie całkiem fajnej majówki za ok. 570 – 580 zł na osobę.

 28 kwietnia 2007 r. (sobota)

Po noclegu w okolicach Norymbergi, wypitej porannej kawie ( bądź herbacie, bo jedna osoba nie pija kawy) i zjedzonym toście z nutellą wyruszamy około 7:00 w kierunku Monachium. Wbrew twierdzeniu niektórych osób, mamy jak zwykle szczęście i okolice Monachium przejeżdżamy szybko, bez występujących tu ponoć korków. Nowy nabytek sprawuje się nieźle i choć przy prędkości 180 km/h zaczynamy się z bratową zastanawiać, czy nie zaintonować „U drzwi Twoich stoję Panie”, jazda niemiecką autostradą nawet przy tej prędkości wydaje się całkiem bezpieczna.

W okolicach Ohlstadt, gdzie kończy się autostrada A 95, jesteśmy około 8:40. Całkiem dobry czas, jak na przejechane 260 km. I dobry czas w stosunku do zakładanego planu.  Można sobie pozwolić jeszcze na to, aby przed zwiedzaniem zamku w Linderhof zrobić krótki postój na drugie śniadanie. Zatrzymujemy się na parkingu. Przed nami widok na rozświetlone wschodzącym słońcem góry. Zielone łąki pokryte żółtymi kwiatami mleczów, kwitnące na poboczach krzewy bzów i ośnieżone szczyty tworzą widok, jak z bajki.

Ruszamy dalej w kierunku Garmisch-Partenkirchen. Autostrada już się skończyła i teraz jedzie się dużo wolniej. W Oberau skręcamy na drogę nr 23. Mijane miasteczko z trzema kościołami wydaje nam się na tyle sympatyczne, że postanawiamy zatrzymać się w nim na chwilę w drodze powrotnej z zamku Ludwika Bawarskiego.

W Oberau drogowskaz pokazuje drogę na Schloss Linderhof. Zaraz za miasteczkiem droga cudnie pokręcona i fajnie się jedzie po górskich serpentynach. Jednak dalej mylimy drogę i w rezultacie, zamiast skręcić w lewo przed Oberammergau,  jedziemy za daleko tracąc jakąś godzinę czasu. W rezultacie zwiedzanie zamku Ludwika II rozpoczynamy zgodnie z planem około 11:00.

Kupujemy w kasie bilety ( 7,00 euro od osoby,  parking 2,5 euro) i dowiadujemy się, że zwiedzanie zamku z przewodnikiem mówiącym po angielsku zaczyna się o 10:50.  Ponieważ jest 10:40 szybciutko podążamy przez park w kierunku zamku, zostawiając park na późniejsze oglądanie.

Wzorowany na budowlach francuskich zamek mnie osobiście nie zachwyca. Wyobrażałam sobie przede wszystkim, że jest większy, a poza tym nie jestem zwolenniczką baroku. Zdobione złotem sale wydają mi się przesłodzone. Ale podobają mi się niektóre malowidła na ścianach, jak chociażby to przedstawiające Wersal.

Pokoi w zamku niewiele, wszystkie ustawione w amfiladzie. Nieduża sala audiencyjna (tronowa) i w porównaniu z nią ogromna sypialnia, której centralną część stanowi obite na niebiesko łoże.  Jadalnia ze stołem, który poprzez system  przekładni i kołowrotów opuszczany był do znajdującej się niżej kuchni i po zastawieniu go potrawami oraz naczyniami podciągany był z powrotem do położonego wyżej pokoju.  Garderoba, pokój dzienny z biblioteką oraz  4 przedsionki - poczekalnie dla ubiegających się o audiencję. Nic dziwnego, że musieli gdzieś czekać, skoro sala audiencyjna była niewielkich rozmiarów.

Zwiedzanie zamku z przewodnikiem zajmuje około 0,5 godziny. I tu uwaga! Planując zwiedzanie zamku i ogrodów przeczytałam w internecie, że bilet wstępu obejmuje i park i pałac. Wstęp do parku jest jednak bezpłatny. Bilety sprawdzane są tylko przy wejściu do wnętrza zamku (wkłada się je do czytnika przy bramkach), natomiast park i znajdujące się w nim pawilony (oprócz Groty Wenus, chociaż i tu osoba prowadzająca nawet nie rzuciła okiem na trzymane w rękach bilety) można oglądać bezpłatnie.

Po zwiedzaniu  wnętrz zamku idziemy na półtoragodzinny spacer po części parkowej. Francuski ogród zaprojektowany przez Carla von Effnera jest naprawdę piękny. Na wprost wejścia głównego do zamku położony jest duży basen po środku którego położona jest fontanna ze złoconych figur. Znajdujące się na wprost wejścia wzgórze zwieńczone jest piękną altaną, a po drodze podziwiać można wymyślne fontanny, labirynty z przystrzyżonych krzewów i liczne posągi. Gdy osiągamy szczyt wzgórza z basenu głównego wybucha uruchamiany co 30 minut gejzer wodny. Piękny to widok, gdy patrzy się przez krople wody na zamek.

Po prawej stronie zamku, ukryta wśród drzew parku, stoi kaplica pałacowa. Z tyłu zamku, gdzie Ludwik miał widok ze swojej sypialni, do fontanny Neptuna spływa kaskadami woda. Obok pałacu są jeszcze w ogrodach romantyczne altanki, liczne rzeźby, ustawione na cokołach wazy, jakby z miśnieńskiej porcelany. Za kaplicą na wzgórzu cudowny Pawilon Mauretański, zachwycający nie tylko architekturą, ale i słynnym pawim tronem. Trzy złote pawie, których ogony zdobione są szlachetnymi kamieniami to naprawdę coś wartego zobaczenia!!!

Ponad spływającą z tyłu zamku kaskadą usytuowany jest Pawilon Muzyczny, Herbaciarnia oraz Grota Wenus.  Być może, że można ją nazwać kiczowatą, ale nie spodziewałam się  w tej grocie, do której wejście wygląda bardzo skromnie, zobaczyć tego, co zobaczyłam. Już podświetlone na kolorowo stalagmity i stalaktyty  dają niesamowite wrażenie, za to sztuczne jezioro ze złotą łodzią  i scenami z wagnerowskiego „Tannhusera” zachwyca swoim pomysłem. Może Ludwik Szalony nie był aż tak bardzo szalony...?

Jeszcze tylko Pawilon Marokański o orientalnych motywach i pięknym wnętrzu, położony niedaleko wejścia do parku i opuszczamy posiadłość króla Bawarii. Gdyby było więcej czasu można by jeszcze dłużej pospacerować po tym pięknym terenie napawając się widokiem starych lip i widocznych w dali górskich szczytów.

Wracamy na drogę prowadzącą do Garmisch-Partenkirchen i Innsbrucka. Ale jeszcze na chwilę na chwilę zatrzymujemy się w niewielkim Oberau.  Miasteczko jest bardzo przyjemne i czyściutkie. Market Aldi, Gashof ozdobiony wielką truskawką i położone obok siebie trzy kościoły, jak się okazuje: katolicki, ewangelicki i prawosławny. Do położonej na wzgórzu cerkwi prowadzi droga krzyżowa, zaś u stóp wzgórza znajduje się grota z figurą Matki Bożej. Ponieważ kościół katolicki znajduje się nieopodal zastanawiamy się przez chwilę, do którego z kościołów: prawosławnego, czy katolickiego, należy grota z Madonną. Spór zostaje nierozstrzygnięty i jedziemy dalej.

Od Oberau nie jedzie się już tak szybko, jak autostradą. W  Garmisch-Partenkirchen jesteśmy o 14:15, a granicę z Austrią przekraczamy o 14:40. Ponieważ uznaliśmy, że nie będziemy kupowali winietki na ten krótki odcinek Austrii, a ponadto nie będziemy płacili dodatkowo za dojazd od Innsbrucka do przełęczy Brenner, za Zirl nie wjeżdżamy na autostradę ale jedziemy drogą 170, a potem kierujemy się na drogą 182 na Matrei a Brenner, omijając płatną autostradę na  Brenner Pass.  Jeszcze kilka lat temu miałam trudności z trafieniem od Innsbrucka na tę malowniczą, bezpłatną drogę, ale teraz można powiedzieć, że mam tę trasę tak obcykaną, iż mogłabym jechać z zamkniętymi oczami. Mijamy Matrei – urocze miasteczko w tyrolskim stylu z ozdobnie pomalowanymi kamieniczkami oraz  równie urocze Gries a Brenner. Ponad nami, na wysokich słupach wznosi się autostrada.

Przejazd 60 km zabiera nam tym razem (z przerwą na tankowanie za Innsbruckiem) około 1,5godziny. Jeszcze do Bolzano jedziemy drogą S 12, ale zaczyna nas to nudzić i wskakujemy na autostradę, którą dojeżdżamy w okolice Affi. Dalej jeszcze kawałek bezpłatną drogą szybkiego ruchu w okolice Calmasino, a stamtąd już zwykłą drogą do Cisano. Na autostradzie widać coraz więcej samochodów z polską rejestracją. Można by rzec, że co czwarty samochód jedzie z Polski. Czyżby wszyscy zdążali na długi weekend nad Gardę?

Na campingu jesteśmy o 18:40.  Krótka rozmowa z pilotem Eurocampu, który prowadzi nas do naszego namiotu i już można odpocząć po podróży. Niestety w namiocie nie ma powitalnego wina. Swoją drogą ciekawa jestem, od czego jest to uzależnione. Na winie nie tak bardzo nam zależy, stać nas, żeby sobie kupić, ale miło jest czuć się dobrze powitanym. Chyba tak z ciekawości muszę się zapytać w biurze Eurocampu, od czego zależy to powitanie.

W przeciwieństwie do tego, co było 9 lat temu, zakwaterowanie dostajemy na dużym campingu Cisano, a nie na małym San Vito.  Podczas poprzedniej bytności jakoś nie miałam okazji obejrzenia tego, położonego po przeciwległej stronie drogi, campingu.  A jest on naprawdę rozległy. Żeby dojść do jeziora trzeba przejść podziemnym tunelem pod ruchliwą Gardesana Orientale.  Od bramy wjazdowej do namiotu mamy jakieś 500 m. Nasz namiot znajduje się jednak niedaleko sanitariatów (drugi w kolejności) i położonego na wprost sanitariatów basenów.

Rozpakowywanie idzie nam jak zwykle sprawnie. Jeszcze spłukanie podróżnego kurzu pod prysznicem i można zasiadać do obiado-kolacji. Pogoda cudna, więc jemy na zewnątrz.  Naprzeciw nas do kolacji zasiada też włoska rodzina: tęga, ale sympatyczna z wyglądu matrona z mężem, córką lub synową i około 6 letnią wnuczką. Nawzajem życzymy sobie dobrego apetytu.

Przejechane: 763 km. Efektywny czas jazdy: 9 godzin 10 minut. Średnia prędkość: 83,2 km/h

29 kwietnia 2007 r. (niedziela)

Aż dziw, że wstajemy tak wcześnie. Ja i bratowa, to normalka, bo siedzimy przed namiotem i czytamy książki już odkąd się rozwidniło, czyli od jakiejś 6:30. Ale, że nasi panowie wstali przed 8:00 bez budzenia ich, to prawdziwy ewenement. O 8:00 jemy śniadanie i przed 9:00 jesteśmy gotowi na spacer do Lazise.

Przez camping wędrujemy nad jezioro. Pogoda jest cudna, świeci słońce, a błękitne niebo zdobią pierzaste cumulusy. Przynależna do campingu plaża jest żwirowato-kamienista. Wiodąca wzdłuż jeziora droga prowadzi nas do oddalonego o 2,5 km Lazise. Widoki na jezioro cudne, chociaż unosi się nad nim lekka mgiełka. Widać jednak nawet dość dobrze półwysep z Sirmione. Po drodze mijamy jeden z licznych w tym rejonie zamek Scaligierich, możnego rodu, który władał nad Jeziorem Garda. Niestety zamek jest aktualnie własnością prywatną i można go podziwiać tylko z daleka.

Dochodzimy do nabrzeża w Lazise. Na poranny spacer wyszło już wiele osób i teraz oblegają ustawione na nabrzeżu ławki kontemplując widoki na jezioro, czytając gazety lub karmiąc kaczki. W porcie podziwiamy budynek odprawy celnej, pochodzący z czasów panowania nad Gardą Wenecjan, postawiony na nabrzeżu ku pamięci poległych pomnik i wchodzimy do XII-wiecznego kościoła San Nicolo. W przeszłości kościół ten był sekularyzowany i wykorzystywany jako teatr. Teraz przywrócono mu jego pierwotną funkcję i można w jego wnętrzu podziwiać stare freski. Wnętrze kościoła jest surowe i proste. W ołtarzu głównym obraz przedstawiający „Zdjęcie Chrystusa z krzyża”, kilka skromnych, lecz podobających mi się osobiście, dużych świeczników, tabernakulum ozdobione świeżymi kwiatami. Stojące też w wazonach,  wazach i donicach kwiaty cudownie  zdobią to kamienne, surowe wnętrze. Freski trochę rozczarowują, bo myślałam, że są odrestaurowane, a można oglądać tylko ich fragmenty.

Po wyjściu z kościoła przechodzimy do murów obronnych miasta i przez jedną z bocznych bram miejskich idziemy na tereny znajdujące się poza fortyfikacją. Ogrody kwitną tu zielenią drzew i tysiącami róż. Zieleń palm, bananowców, świerków, drzew oliwnych i cyprysów wspaniale kontrastuje z surowością kamiennych murów. Wzdłuż fortyfikacji dochodzimy do bramy głównej zdobnej mozaiką jakiegoś biskupa. Przypuszczam, że jest to wizerunek patron miasta, ale nie wiem na pewno. 

Przez bramę główną zagłębiamy się w wąskie uliczki Starego Miasta. Niektóre domy porośnięte są bluszczem lub winoroślą. W oknach pelargonie, przy wejściach krzewy pnących róż. Na dość dużej, jak na tego typu Stare Miasto, Piazza przysiadamy na trochę na ławeczce. Obserwujemy spacerujących ludzi. Przy znajdującej się na środku placu studzience przystaje pan z wózeczkiem. Moczy w wodzie ściereczkę i czyści budkę wózka. Jakież jest nasze zdziwienie, gdy po chwili podchodzi do niego niewiasta z pieskiem i zwierzątko wskakuje do pojazdu:) Pan i pani pchając wózek udają się z pieskiem na spacer. 

Mija południe i robi się coraz bardziej gorąco. W kawiarence wypijamy zimny napój z lodem i opuszczamy Lazise. Przechodząc przez Gardesana Orientale widzimy posuwające się w żółwim tempie samochody. Mimo, że to jeszcze nie sezon turystyczny nad Gardę wyległo wielu turystów zachęconych piękną pogodą. Nie chciałabym teraz siedzieć w samochodzie nawet z włączoną klimatyzacją i pokonywać trasę nad jeziorem z prędkością 2 km/h.

Szlakiem winnym kierujemy się ku Cisano - dzielnicy Bardolino znanego nad Jeziorem Garda kurortu. Oprócz zielonych winnic urzeka nas widok na oddalone o kilka kilometrów  Calmasino. Położone na niewielkim wzniesieniu, z dominującą nad budynkami wysmukłą wieżą kościoła przypomina trochę miasta toskańskie.

Strada di vine, którą idziemy jest licznie uczęszczana przez rowerzystów. Co chwila z jednej lub z drugiej strony mija nas jakiś cyklista. Na wycieczki rowerowe jadą też rodziny z dziećmi.

Planowaliśmy pierwotnie dojść do Muzeum Win ZENI, ale robi się tak gorąco, że nie chce się nam dalej wędrować. Tym bardziej, że nie ma pewności, iż muzeum będzie otwarte. Jest przecież pora sjesty. Krętymi uliczkami Cisano podążamy więc w stronę jeziora.

Mimo, że Cisano uważane jest za dzielnice Bardolino uważam, że jest to odrębne miasteczko o całkiem innym klimacie. Kamienne domy z okiennicami,  otaczające domy ogrody i romański kościół nadają Cisano zupełnie inny charakter. Dość szeroką promenadę nabrzeżną  zdobią kolorowe domy z markizami. Pomiędzy nimi, w cieniu drzew i parasoli ogródki restauracji. Kamienny falochron, niewielka kamienista plaża. Mimo, że nie widać odważnych do kąpieli w jeziorze na plaży wiele opalających się osób.

Brzegiem jeziora wracamy na camping. Na basenie, na którym, gdy wychodziliśmy był tylko ratownik, teraz tłum ludzi.  Patrzę na wodę i nie mogę się powstrzymać. Zaraz przebiorę się w kostium i pójdę jeszcze przed obiadem popływać. Cholera!!! Kostium przezornie wzięłam, ale zapomniałam czepka:(  Podglądam, czy wszyscy są zaczepkowani. Wygląda na to, że tak. A campingowy sklepik czynny dopiero od 17:00. Wściekła jak diabli przebieram się w kostium i zabieram do przygotowywania obiadu.

Włoska matrona z naprzeciwka ma chyba urodziny. Zwalił się tłum gości z kwiatami. (Ciekawe, że wszystkie wiązanki jednakowe - trzy czerwone róże i kilka żółtych frezji, pewnie wszystkie z tej samej kwiaciarni.) Przy stole zasiada chyba ze 20 osób. Część z nich to chyba znajomi z campingu. Przynoszą ze sobą wino i wiktuały. W miedzianym garnku zawieszonym nad gazowym paleniskiem coś się gotuje. Na znak dany gospodarza goście podchodzą  z talerzami i z potrawą siadają znów przy stole.

U mnie też gotuje się szybki obiad: ziemniaki, barszczyk czerwony i smażony schab. Po pół godziny już jest wszystko gotowe, a po następnych 30 minutach bratowa idzie zmywać. Nasi panowie wyciągają się na sjestę na leżakach, a ja nie wytrzymuję nerwowo i po rozważaniu, czy może założyć na łeb slipy męża, postanawiam w końcu zaryzykować kąpiel bez czepka. Najwyżej mnie ratownik wyrzuci.

W basenie widzę kilku bezczepkowców, co dodaje mi odwagi. Ratownik jest, ale zwraca uwagę na płytszy basen ze zjeżdżalniami, gdzie szaleją dzieciaki. Z rozkoszą zanurzam się w wodzie i przepływam 20 razy basen. Udało się!  Wracam do namiotu i siadam z książką na słoneczku, żeby się trochę opalić.  Goście od włoskiem matrony już się rozeszli. Gospodyni robi porządki.

Po 20 minutach nie wytrzymuję w tym skwarze i ryzykuję po raz drugi. Znowu mi się udaje!  Orzeźwiona wracam do namiotu, otwieram zimne piwo i zagłębiam się w czytanie. Reszta towarzystwa posnęła. Po kilkunastu minutach mokry kostium na mnie wysycha, a tyłek przykleja mi się do plastikowego krzesła. Trzeba jeszcze raz zaryzykować. Niestety, jak to mówią do trzech razy sztuka. Gdy przepłynęłam basen 4 razy na brzegu pojawił się ratownik i poprosił grzecznie o nałożenie czepka. Uśmiechnęłam się promiennie i powiedziałam, że nie mam. On też się promiennie uśmiechnął i coś tam jeszcze zagadał po włosku. Na dobrą sprawę mogłabym uznać, że przymknie oko na mój brak nakrycia głowy, ale tak bezczelna to nie jestem, więc wylazłam z wody.

Upał męczył mnie jednak okrutnie mimo, że dochodziła 17:00. Kilka razy z braku laku właziłam pod zimny prysznic, ale ciągle chciało mi się popływać. Za parę minut otwierali sklep i zaczęłam rozważać, czy nie stracić 2,5 euro i nie kupić tego nieszczęsnego czepka, gdy mój wzrok padł na nieśmiertelny kapelusik mojego brata. Nie myśląc długo podwijam do środka rondo płóciennego kapelusza tworząc coś na kształt czepka. Przeglądam się w lustrze. Wyglądam jak idiotka, ale tak samo wyglądam i w szmacianym czepku. Co mi tam...! Idę!  Nawet nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ja spokojnie przepłynęłam swoje 20 długości basenu. 

Towarzystwo już się zbudziło z drzemki. Mieliśmy wieczorem przejść się do Bardolino i tam zjeść kolację, ale jakoś nikomu się nie chce. Do włoskiej matrony znowu schodzą się goście na kolację. Znowu każdy coś niesie: wino, grappę, zimne napoje, jakieś sałatki w dużych misach, kiełbaski na grilla.  Ja też zabieram się za szykowanie kolacji. Wędlina, ogórki, pomidory, pasztet, wędzona mozzarela i butelka Lambrusco.  Siadamy do stołu. Życie na majówce jest piękne!

30 kwietnia 2007 r. (poniedziałek)

Dzisiaj w planie wycieczka do sanktuarium Madonna dela Corona, przejazd przez Masyw Monte Baldo do Mori, powrót Gardesana Orientale przez Nago-Torbole, Malcesine, Torri del Benaco i Garda. Wstajemy z bratową przed 7:00 i  znowu panowie nas zadziwiają,  bo nie ponaglani wstają przed 8:00. Poranna toaleta, śniadanie  i o 9:00 w drogę.

Jest piękna, słoneczna pogoda. Jedziemy kilka kilometrów do Garda wiodącą wzdłuż jeziora drogą S 249, czyli Gardesaną Orientale. W Garda zjazd na SP 8 przez Costermano i Caprino Veronese do Spiazzi, w pobliżu której na stromej ścianie góry, przyklejone do zbocza na wysokości 774 m n.p.m. znajduje się sanktuarium Madonna della Corona. Otoczenie tego miejsca koroną alpejskich szczytów sprawiło, że w jego nazwie pojawiło się słowo „korona”. Sanktuarium zbudowane zostało w 1510 r., a legenda głosi, że znajdująca się tu figurka Matki Boskiej Bolesnej została w cudowny sposób przeniesiona do Włoch z wyspy Rodos po inwazji Turków.

Przyklejony do zbocza góry kościół jest niewidoczny z drogi, a o jego istnieniu informuje tylko drogowskaz i znajdujący się w pobliżu szosy hotel. Parking jest bezpłatny. Zostawiamy samochód i pieszo. Drogą Krzyżową, która jest tu nietypowa, bo w przeciwieństwie do innych Dróg Krzyżowych wiedzie w dół zamiast w górę, udajemy się w stronę sanktuarium.  Pierwsza stacja bardzo skromna. Prosty, metalowy krzyż z miedziorytem i tablica przytwierdzona do kamienia.  Kolejne stacje bardziej okazałe. Bez przepychu, skromne figury odlane w metalu, ale już większe. Oparte o dominujące nad nimi ściany skalne, zachęcają do zadumy nie tylko nad męką Chrystusa ale i nad małością świata. Kiedy mija się ostatnią stację zza zakrętu wyłania się przecudny widok na sanktuarium.  Przyklejony do skały kościół zdaje się być czymś niewielkim i kruchym w kontraście z ogromną skałą, na której został wybudowany. Białe ściany, różowa fasada i strzelista wieża pięknie odbijają się od szarości górskiego  urwiska.

Przy wejściu kopia cudownej figurki Matki Bożej Bolesnej, trzymającej w objęciach zdjęte z krzyża ciało Chrystusa. Strome schody prowadzą do świątyni. Różową fasadę kościoła zdobią dwie figury świętych, rozeta nad drzwiami i rzeźba w portalu przedstawiająca Jezusa upadającego pod krzyżem.  Gdy wchodzimy do sanktuarium zadziwia nas, że jego lewą ścianę stanowi lita skała. Teraz już rozumiem słowa Jana Pawła II, który modlił się w tym miejscu o to, aby chrześcijanie byli tak zjednoczeni z Chrystusem, jak to sanktuarium  zespolone jest ze ścianą, na której zostało zbudowane. Wnętrze kościoła zadziwia też swoją prostotą i skromnością. Żadnych złoceń, przepysznych zdobień. Tylko metal i kamień. Uwielbiam takie kościoły. Poniżej świątyni, w budynkach klasztornych znajduje się sala spowiednia i sala wotywna. W sali spowiedniej po prawej stronie rząd konfesjonałów, ale  nie takich tradycyjnych lecz przypominających małe pokoiki, gdzie pokutnik może porozmawiać ze spowiednikiem. Po prawo kaplica modlitewna, a za nią Święte Schody pokonywane przez wiernych na kolanach.  W sali wotywnej oczywiście liczne wota złożone w podzięce przez wiernych oraz szopka bożonarodzeniowa. Z oszklonych tarasów widać coś przypominającego ogrody klasztorne usytuowane na tarasach skalnych.  Spoglądając w dół widać prawie 800 metrową otchłań, a na wprost przeciwległą ścianę skalną z porośniętym lasami zboczem.

Gdy opuszczamy sanktuarium żegna nas prawdziwy koncert klasztornych dzwonów, których głos odbija się dźwięcznym echem  od przeciwległej ściany. Cudna to muzyka, aż przystanęliśmy na chwilę, żeby jej posłuchać.

Droga pod górę do parkingu nawet nie taka straszna (można ją też pokonać kursującym z klasztoru do parkingu busem).  Prowadząca od stacji do stacji asfaltówka pnie się łagodnymi zakosami wzwyż. Po 15 minutach jesteśmy już przy samochodzie i ruszamy dalej przez Masyw Monte Baldo.

Na wysokości ponad 2000 m n.p.m. wznoszą się zalesione szczytu Masywu Monte Baldo. Jedziemy drogą na SP 8 na Ferrara di Monte Baldo. Droga jest bardzo wąska i kręta. Z boku nie ma żadnych zabezpieczeń i aż strach jechać, gdy po prawej stronie widać skalne urwiska. Szczególnie groźnie wygląda to przy wymijaniu się dwóch samochodów. Zatrzymujemy się w okolicy Orto Botanico di Monte Baldo. Nieopodal widoczny jest budynek obserwatorium astronomicznego. Otoczony niskim, kamiennym murkiem ogród wygląda bardzo skromnie. Wewnątrz wielkie głazy narzutowe i różne rośliny opatrzone stosownymi tabliczkami z opisami. Zastanawiamy się, czy warto wchodzić do ogrodu. Po krótkiej wymianie zdań decydujemy jednak jechać dalej. Mijamy Ferrara di Monte Baldo, ale miejscowość nie wygląda na tyle atrakcyjnie, żeby się tu zatrzymać. Ponieważ miałam przetestować nową trasę za Cambrigar skręcamy na drogę prowadzącą do Villaggio Alpino i  Campadello. Myślałam, że stąd może będzie widać Jezioro Garda, ale po kilku kilometrach przekonujemy się, że t tu jezioro schowane jest za szczytem.

Wracamy na SP 8 i po kilku minutach jazdy zatrzymujemy się w punkcie widokowym na wysokości 1617 m n.p.m. Po wyjściu z samochodu uderza w nas dotkliwy chłód. Temperatura z 23 0 C spadła do 10 0 C. Podziwiamy widoki na szczyty Monte Baldo. Z parkingu prowadzą turystów na wyprawę ciągnące się w różnych kierunkach szlaki górskie. Zaczyna mżyć deszcz, więc wracamy do samochodu. Droga SP 8 zmienia się w SP 3. Serpentynami zjeżdżamy do San Giacomo przejeżdżając przez kilka tuneli skalnych. Za San Giacomo droga robi się szersza i zabezpieczona jest metalowymi barierkami. Jedziemy ciągle w dół ku widocznemu w oddali, położonemu na wzgórzu Castione.  Góry robią się coraz łagodniejsze, a obsadzone winnicami zdają się takie jakby bardziej oswojone. Mijamy Besagno i dojeżdżamy do położonego w rozległęj kotlinie Mori. Ponad miastem, na zboczu góry widać niewielki kościółek, Poniżej, wśród winnic, usadowiony jest drugi, a na odległym wzgórzu bieleje trzeci. Skręcamy w lewo na SS 240 prowadzącą do Riva del Garda i po około 30 minutach zatrzymujemy się niedużym parkingu, usytuowanym na zakręcie drogi prowadzącej z Nago do Torbole, skąd podziwiać można piękny widok na Jezioro Garda, otaczające je szczyty i położone w dole, przecięte wpływającą do Gardy rzeką, miasta Nago i Torbole.  Mamy szczęście i nieszczęście. Na niewielkim parkingu akurat zwalnia się miejsce i jest gdzie postawić samochód, ale widok na jezioro przysłania mgiełka. Widać jednak dobrze oba miasteczka, a przez mgłę majaczą wysokie szczytu północno-zachodniego brzegu.

Leżące w dole Torbole odegrało niegdyś ważną rolę w toczącej się w XV w. wojnie między władcami Mediolanu Viscontimi, a Wenecją. W tym czasie lądem przewieziona została cała flota okrętów wojennych, które w Torbole zwodowane zostały na jezioro. (Że też im się chciało ciągnąć te statki przez góry!) Teraz, ze względu na wiejące tu wiatry,  miasteczko jest bazą windserfingowców. Na Gardzie widać tu pełno  różnokolorowych żagli, przecinających błękitną toń wody.

Zatrzymujemy się w oddalonym o kilka kilometrów Malcesine. Położona w otoczeniu zielonych zboczy miejscowość posiada piękną Starówkę oraz oczywiście usytuowany nad jeziorem obronny zamek wybudowany przez Scaligierch.

Parkujemy przed marketem Eurospar znajdującym się przy Gardesana Orientale. Co prawda można tam stać tylko 30 minut, ale liczymy na to, że nic się nie stanie, jeśli samochód pobędzie tam trochę dłużej. Z parkingu piękny widok na zamkową wieże i otaczające twierdzę mury. Idziemy w  jego kierunku, mijając położony na stoku góry kościół i rozległą Piazza z Palazzo Municipio. Starówka jest cudowna. Kolorowe, pomalowane na żółto, oliwkowo, niebiesko, różowo i czerwono pałace oraz brukowane kamieniami, wąskie uliczki przenoszą nas w inny wymiar czasowy. Podziw wzbudzają też pięknie stylizowane okucia balkonów.  Mogłabym tu spacerować godzinami. Zaglądam w ukwiecone i ozdobione zielenią podwórka kamieniczek. Cudowny widok! A do tego mam wrażenie, jakbym podglądała mieszkańców, chcąc poznać ich upodobania dekoracyjne. Dochodzimy do twierdzy Scaligierich wznoszącej się majestatycznie na wzgórzu ponad jeziorem. Za 4 euro od osoby kupujemy bilety wstępu i zaczynamy zwiedzanie zamku. Po prowadzących w górę schodach udajemy się na dziedziniec wewnętrzny. Zieleń wysmukłych cyprysów i kwitnące na klombach róże tonują surowość oblankowań. I jeszcze ten przepiękny widok z góry na jezioro! Wąskimi uliczkami Starego Miasta wracamy do samochodu. Ponieważ zaparkowaliśmy przy markecie postanawiamy zrobić niezbędne zakupy: pieczywo, masło,  makaron, warzywa.

Jedziemy dalej do Torri del Benaco uchodzącego za najpiękniejsze miasteczko nad Jeziorem Garda. Parkujemy na końcu Corso Dante, gdzie jest duży płatny parking, ale nam udaje się znaleźć miejsce na bezpłatnych leżących poza nim miejscach do parkowania. Wzdłuż brzegu jeziora podążamy ku Starówce i kolejnej gardańskiej twierdzy wybudowanej przez Scaligierich. Mimo, że w przewodnikach napisane jest, iż Torri del Benaco uważane jest za najpiękniejsze nad Gardą, mnie zdecydowanie bardziej podoba się Malcesine. W Torri del Benaco urocze są jednak ustawione ponad wodą, na palach wbitych w dno jeziora, ogródki restauracji i kawiarń oraz ocieniona drzewami promenada.  Dochodzimy do zamku zbudowanego w IX w., z którego jednak prawdziwą twierdzę zrobił w 1383 r. Antonio dell Scala,  pochodzący z rodu Scaligierich. Decydujemy, że nie będziemy zwiedzali zamku i przy znajdującej się obok portu, porośniętej kasztanami i lipami Piazza,  przysiadamy na pizzę w podcieniach jednej z licznych restauracji. Za przewyborną Margeritę i litrowy dzban wina stołowego + tzw. koperto zapłaciliśmy 25,00 euro. Posileni pokarmem i napojeni winem zagłębiamy się uliczki Starego Miasta. Zieleń drzew, palm i krzewów oraz kolorowe pelargonie cudnie zdobią tu kamienne,  wiekowe domy. Po  godzinnym spacerze wracamy do samochodu i jedziemy dalej w kierunku miasteczka Garda.

Drogą wzdłuż jeziora dojeżdżamy do położonego między Torri del Benaco a Gardą przylądka, gdzie wielki gaj oliwny otacza Zatokę Baia delle Sirene. W 1540 r. na znajdującym się tu cyplu słynny budowniczy twierdz Michele Sanmicheli wzniósł uroczą Villa Guerenti-Branzone. Podobno biała kamienista plaża Punta San Viglio jest najpiękniejsza nad Jeziorem Garda, ale niestety wstęp do tego zakątka tylko do 18:00, a jest 17:45. Decydujemy, że nie warto wchodzić na 10-15 minut i rezygnujemy z zobaczenia słynnej Plaży Syren..

Kolejnym miejscem postoju miało być miasteczko Garda z uroczym, pochodzącym z czasów weneckich Palazzo del Capitano della Serenissima oraz z XV-wieczną Loggią della Losa. Zbliża się  18:00 i po upalnym dniu chyba cały tłum turystów zwalił się do miasteczka. Kręcimy się przez kilkanaście minut w kółko szukając miejsca do zaparkowania. Wszystkie parkingi zapełnione, więc podziwiamy tylko z daleka zielone nabrzeże jeziora i widok na znajdujące się na pobliskich skałach ruiny zamku Rocca di Garda i wracamy na camping. 

Przejechane: 134 km. Efektywny czas jazdy: 3 godziny 40 minut. Średnia prędkość: 36,5 km/h

1 maja 2007 r. (wtorek)

Dzisiaj zmiana campingu i przejazd z nad Jeziora Garda nad Jezioro Maggiore. Po drodze trochę do zobaczenia, więc wyjazd wcześnie. Wstajemy o 6:00 i po śniadaniu opuszczamy Cisano wraz z otwarciem bramy wyjazdowej o 7:00.

Drogi są  puste, ruch prawie zerowy. Komu by się chciało wstawać w dzień  wolny od pracy o tej porannej godzinie? Pierwotnie zamierzaliśmy przejechać odcinek  między Paschierą a Rovato autostradą, ale przy pustej i dość dobrej drodze S 11 nie warto korzystać z autostrady na tym 60 km odcinku. Po niecałej godzinie jazdy skręcamy na drogę P 11 prowadzącą nad Lago d`Iseo.  Początkowo zamierzaliśmy zatrzymać się na godzinę w Iseo, ale dziwnym trafem jadąc tunelami wjechaliśmy na drogę P510, prowadzącą nie bezpośrednio brzegiem jeziora, ale górą. Widoki mało ciekawe, bo w większości droga prowadzi tunelami. Przy najbliższej okazji zjechaliśmy więc z niej do niewielkiej miejscowości Sulzano. I bardzo dobrze, bo stąd jest najlepszy widok na całe jezioro Iseo i położoną na wprost miasteczka największą śródlądową wyspę Monte Isola. Na szczycie górzystej wyspy widać kościół lub klasztor. Wzdłuż brzegu ułożone tarasowo domki wioski z dominującą wieżą kościoła.  Podobnie, jak i otaczające Iseo zbocza gór i góra na wyspie pokryta jest zielenią drzew.

Samo niewielki Sulzano też sprawia miłe wrażenie. Kościół, nabrzeże z portem, czysto utrzymana Piazza i wąskie kamienne uliczki Starego Miasta. Niemal przy każdym domu przy jeziorze pomost do cumowania łódki. Po półgodzinnym spacerze jedziemy dalej już drogą P 11 wzdłuż jeziora mijając po drodze Sale Marasino i Marone. Na jeziorze widać maleńką wysepkę, porośniętą zielenią spośród której  wynurza się wieżyczka wygladającego jak zameczek domu. Przystań i kołyszące się przy niej łódki upewniają, że wysepka jest zamieszkana. Sama chciałabym mieszkać w tak pięknym otoczeniu, z dala od zgiełku ulic.

Celem głównym nad Jeziorem Iseo jest miejscowość Zone w pobliżu której podziwiać można niezwykłe formy skalne – wysokie, cienkie iglice. Jak dowiedziałam się po powrocie od znajomego geologa,  nie  powstały one  na skutek erozji głazów naniesionych przez lodowiec odpowiedzialny za kształt niecki Iseo (co wyczytałam gdzieś w necie ), lecz w wyniku erozji deszczowej. Znajdująca się na szczycie skalna czapeczka chroni  znajdujący się materiał poniżej materiał przed rozmyciem. Niezależnie jednak od swego rodowodu, piramidy ziemne tak spodobały się słynnemu Leonardowi da Vinci, że uwiecznił je na namalowanym przez siebie obrazie „Madonna w grocie”. Zatrzymujemy się na parkingu wyznaczonym dla zwiedzających rezerwat Zone i mijając niewielki kamienny kościółek wędrujemy oznaczonym strzałkami szlakiem. Droga prowadzi zieloną łąką wzdłuż górskiego zbocza.  W oddali widok na leżące trochę poniżej miasteczko. Prowadzący do tej pory łąką szlak wiedzie teraz pomiędzy krzakami i prowadzi lekko w dół. Dochodzimy do pierwszego oznaczonego punktu widokowego skąd widać dwie wysokie iglice zwieńczone kamiennymi kapeluszami i kilka niższych skrytych między koronami drzew. Z boku nich, pionowe grzebienie skał. Ścieżka zaczyna teraz prowadzić dość ostro w dół. Między krzakami jest wilgotno i ślisko. Nie byłyśmy na to z bratową przygotowane i nie założyłyśmy odpowiedniego obuwia, ale mimo to zachęcone oszałamiającym widokiem idziemy dalej wspomagane w co trudniejszych miejscach pomocnymi ramionami naszych małżonków. Kolejny punkt widokowy niemal u samego dołu kotliny zapiera dech w piersiach. Widać teraz cały ogrom piramid, na które patrzy się od ich stóp. Aż dziw, że te zwężające się ku górze formy skalne utrzymują na sobie sporych rozmiarów głazy. Piramidy przypominają trochę gigantyczne grzyby. Teraz droga wiedzie w górę wąwozu. Piramidy pojawiają się na tle skalnego grzbietu, którym nie tak dawno wędrowaliśmy. Z przodu widoku dopełniają zielone korony drzew. Z przeciwległego brzegu wąwozu coraz więcej iglic jest widocznych i mimo zmęczenia patrzymy na te cuda natury z prawdziwym podziwem. Upał i duchota wywołują w nas pragnienie. Niestety nie zabraliśmy ze sobą niczego do picia, ale na szczęście na ostatnim punkcie widokowym są ławeczki, stoliki i co najważniejsze studnia z pitną wodą. Z torby-niezbędnika bratowa wyciąga kubeczki i raczymy się rozkosznie zimną wodą. Szlak kończy się przy szosie, którą dojeżdżaliśmy do Zone. Jeszcze kilometr pod górkę i jesteśmy na parkingu, gdzie pozostawiliśmy samochód.

Droga przez rezerwat Zone i podziwianie piramid zabrało nam aż dwie godziny. Dochodzi południe, a do Bergamo, gdzie chcieliśmy zwiedzać Stare Miasto, pozostało jeszcze sporo kilometrów, więc zamiast jechać przez Clusone, jak planowałam wcześniej, skracamy drogę o ok. 10 km i jedziemy szerszą S 42. Jazdę spowalniają jednak znajdujące się po drodze miasteczka. Poza tym Włosi też już się obudzili i gromadnie wylegli na drogi. Szczególnie spory ruch jest w okolicach niewielkiego Lago di Endine. Jeziorko jest tak wąskie, że przypomina rzekę ale jak widać stanowi dobre miejsce do wypoczynku, bo ludzi tu całe mnóstwo.

W Bergamo kłopot!  Ulica prowadząca do Starego Miasta jest nieprzejezdna. Próbujemy podjechać jakąś inną drogą ku widocznemu na wzgórzu Bergamo Alta. Kręcimy się w kółko przez dobre pół godziny, bo ulice okazują się jednokierunkowe i co chwila wracamy do punktu wyjścia. Przypadkiem podjeżdżamy pod mury cmentarz. Monumentalna, kolosalnych rozmiarów  budowla wygląda, jak jakiś pomnik ku czci poległych. Ale za wyniosłą fasadą kryją się groby zwykłych mieszkańców Bergamo. Chociaż może i nie tylko. Znowu kręcimy się w kółko i wreszcie zdesperowani postanawiamy zaparkować na podziemnym parkingu przy Via Giulgielmo d`Anzo. (1,80 euro/h). Szeroką aleją im. Papieża Jana XXIII dochodzimy do Piazza Giacomo Matteotti z wyniosłą Wieżą  Zegarową. Po obu stronach placu stoją wzorowane na stylu greckim budowle, w podcieniach których kryją się sklepy i banki. Przeciwległy im skraj placu stoi kościół, którego kopułę zdobi posąg Madonny. Dalej do Bergamo Alta prowadzi aleja Vittorio Emanuele II.  Po drodze mijamy zdobne kamienice i pałace Nowego Miasta. Dochodzimy wreszcie pod mury Starówki.  Na tle porośniętych zielenią zboczy wzgórza stare mury prezentują się całkiem pięknie. Niestety (sjesta, albo dzień wolny od pracy) nie pozwalają nam skorzystać z funiculare, którą można dojechać do Bergamo Alta.  Zaczynamy mozolną wędrówkę prowadzącą stromo pod górę uliczką i po kilku minutach, zmęczeni wcześniejszym spacerkiem po rezerwacie Zone oraz panującym skwarem, rezygnujemy z zobaczenia tych wszystkich cudów, jakie kryją się za murami Starego Miasta. No cóż... podobno najpiękniejszy z włoskich placów Piazza Vecchia, uroczy kościółek Santa Maria Maggiore i przepyszna Capella Colleoni będą musiały poczekać, aż przyjedziemy tu następnym razem.

Trochę z żalem opuszczamy Bergamo i S 342, a potem S 639  jedziemy w kierunku położonego nad Jeziorem Como Lecco. Ale to miast nie jest celem naszej podróży, więc mijamy je obojętnie i drogą prowadzącą wzdłuż brzegu jeziora kierujemy się do Bellagio, położonego na czubku trójkąta rozdzielającego dwie odnogi jeziora.

Z Lecco najpierw droga prowadzi tunelem i zaczynam mieć obawy, czy nie będzie tak przez cały czas i że skalne ściany uniemożliwią nam podziwianie widoków. Obawy  jednak okazują się płonne i dalej S 583 wiedzie prawie tuż przy lustrze wody. Za barierką ograniczającą szosę widać małe kamieniste plaże, mieniącą się różnymi odcieniami błękitu i zieleni wodę, pokryte drzewami wybrzeże i nagie szczyty gór. Zaprawdę powiadam Wam, nie na darmo napisał Wordsworth, że Jezioro Como jest „skarbem, który ziemia trzyma dla siebie”.

Dojeżdżamy do Bellagio położonego u podnóża porośniętych cyprysami wzgórz. Miasto uchodzi za jedną z najpiękniejszych miejscowości we Włoszech i trudno się z tym nie zgodzić widząc wysadzaną oleandrami i lipami promenadę, wynurzające się z zieleni i kwiatów hotele w kolorach brzoskwiniowych, różowych, kremowych  i toffi. Z parkowaniem przy promenadzie kłopot. Można ewentualnie czekać, aż ktoś odjedzie i zwolni się miejsce. Stwierdzamy, że szkoda czasu (można tak przecież czekać do wieczora) i wycofujemy się z nabrzeża, żeby zaparkować gdzieś dalej. Znajdujemy miejsce nawet nie tak daleko od nabrzeża i wąskimi uliczkami schodzimy w dół dochodząc do wspaniałych ogrodów Villa Melzi. Kupujemy bilety (6 euro od osoby) i zagłębiamy się w śwież majową roślinność. Kwitnące różaneczniki, azalie, rododendrony i setki różanych krzewów wprawiają w zachwyt. Widoku dopełniają, kloniki palmowe i palmy oraz różnorodne drzewa i krzewy oraz oczka wodne i altany. Ponieważ ogrody usytuowane są nad samym brzegiem jeziora spacer ocienionym alejkami sprawia dodatkową przyjemność.        Od samego wejścia do ogrodów Villa Melzi, aż do Grand Hotel Villa Sarbelloni prowadzi piękna nabrzeżna promenada obsadzona rabatami kwiatów i ocieniona lipami i oleandrami. Po lewej stronie cudny widok na Jezioro Como i jego przeciwległy brzeg, po prawo położona na kilku pagórkach Starówka z wąskimi uliczkami i zadbanymi kolorowymi domami. Wszędzie dużo zieleni, kwitnących krzewów i kwiatów. Spacer promenadą i uliczkami Starego Miasta zabiera nam kolejną godzinę. Dochodzi 17:00, a przed nami jeszcze spory kawałek drogi.  Do Varese jeszcze 70 km, a na camping w Cannobio kolejne 85 km. Ze zwiedzania wodospadu w okolicach Nesso i groty koło Lezzeno trzeba będzie  zrezygnować. 

Jedziemy wzdłuż brzegów jeziora w kierunku miasta Como. W przeciwieństwie do drogi z Lecco do Bellagio, która prowadziła niemal brzegiem jeziora, teraz wiedzie ona dość wysoko, półką skalną umiejscowioną ponad taflą wody. Widoki cudne. Przyklejone do zboczy gór domki schodzą tarasowo aż  do jeziora. Romantyczne cypelki z wysmukłymi cyprysami aż proszą, żeby zatrzymać się, odpocząć w cieniu drzew i chłonąć obrazy, jak z pocztówek. Jednak zdecydowanie mijane miasteczka i wioski prezentują się lepiej z daleka niż z bliska, strasząc nieraz niemal zrujnowanymi domostwami.

O 18:15 jesteśmy w Varese, gdzie chcemy zobaczyć ogród francuski, znajdujący się przy Palazzo Estense.  Miasto, choć dość duże sprawia przyjemne wrażenie. Mijamy centralny plac zwany Monte Grappa ozdobiony prostą jak stół fontanną i eleganckimi podcieniami idziemy w kierunku XVIII-wiecznego Palazzo Estense, należącego do książęcej rodziny Este z Modeny. Choć od strony ulicy pałac wygląda niepozornie i mało efektownie od strony ogrodu długi, różowy budynek prezentuje się pięknie. Finezyjne wieżyczki, arkadowe łuki nad bramą, zdobne okucia balkonowe. I do tego piękny, zielony młodością wiosny ogród z przystrzyżonymi krzewami i tworzącymi labirynt żywopłotami. Na środku tryskająca wodą fontanna. Za nią prowadzące na wzgórze alejki, a na wzgórzu coś w rodzaju porośniętej bluszczem skalnej groty.

Słońce zbliża się ku zachodowi. Czas jechać dalej zwłaszcza, że na campingu powinniśmy być przed 20:00. Z Varese wyjeżdżamy na autostradę prowadzącą do Mediolanu. Do Gallarete jest bezpłatna, potem za odcinek w okolice Verbanii płacimy 4 euro. Na campingu w Cannobio jesteśmy o 20:10. Małżeństwo pilotów wita nas chłodnym piwem i pyta, czemu tak późno. No cóż, zwiedzało się trochę po drodze i czas zleciał.

Camping Valle Romantica robi na nas kolosalne wrażenie. To chyba najpiękniejszy camping  na jakim byłam wiosną. Czuję się tu, jak w ogrodzie botanicznym. Wszędzie kwitnące krzewy i kwiaty. I do tego to położenie w Dolinie Cannobio. W dole słychać spływającą kaskadami rzekę. Placyki  pod namioty oddzielone od siebie krzewami azalii, rododendronów i hortensji, porastające zbocza doliny drzewa: cyprysy, sosny, cedry i palmy. Nasz namiot jest prawie na samym końcu campingu. Położona na zboczu góry  parcela tworzy naturalny taras na który wchodzi się po kilku kamiennych schodkach. Zbocze porośnięte jest paprociami, a usytuowane po bokach i z tyłu ukwiecone krzewy zapewniają maksimum intymności. Czujemy się jak w raju!  Ale niestety zaczyna padać i kolację zamiast na powietrzu trzeba zjeść w namiocie. Pada przez całą noc.

Przejechane: 406 km. Efektywny czas jazdy: 5 godziny 11 minut. Średnia prędkość: 78,3 km/h.

2 maja 2007 r. (środa)

Bębniący w dach namiotu deszcz działa usypiająco, wstajemy więc dopiero przed 8:00. Gry plan na dzisiejszy dzień miał być następujący: Cannero – Verbania (ogrody Villa Taranto) – przejazd przez Domodosssola do Doliny Formozza i Wodospadu Toce – powrót dolinami: Valle Virgezzo i Valle Cannobina. Ulewa jednak nie zachęca do podróży i trochę przygnębieni zjadamy śniadanie.

Po zmywaniu naczyń ulewa przechodzi w mżawkę, co napawa nas optymizmem, że może się rozpogodzi i słoneczko będzie nam towarzyszyło w spacerach. Na wszelki wypadek wrzucamy jednak do bagażnika kurtki przeciwdeszczowe  i o 8:50 ruszamy w drogę. Zdołaliśmy ujechać niecałe 5 km, gdy znowu z zaciągniętego czarnymi chmurami nieba lunął deszcz. Nawet nie było sensu zatrzymywać się, żeby zrobić zdjęcie ruin zamku w Cannero. Samo miasteczko, też jakoś nie zachęcało do spaceru, więc jedziemy dalej do Verbanii. Ufff... Dobra nasza! Przestało lać. Parkujemy na terenie Villa Taranto (parking bezpłatny) i kupujemy bilety do ogrodu (6,5 euro od osoby). Upycham do torebki kurtkę przeciwdeszczową i ruszamy na podbój ogrodu.

Podobno zimy w Verbanii są najłagodniejsze nad całym Jeziorem Maggiore, więc zachęciło to emerytowanego szkockiego kapitana do założenia tu prestiżowego ogrodu botanicznego, w którym hodowane byłyby egzotyczne rośliny. Aktualnie, oprócz kwiatów sezonowych, rośnie tu ponad 20 tys. gatunków roślin, w tym tak rzadkie okazy, jak gigantyczne amazońskie lilie, lotosy, japoński klon oraz azederach - święte drzewo Indian Melia. Teren nie jest równy i na zboczach wzniesień kwitną różnorodne krzewy, aż odurzające wonią swoich kwiatów.  W roślinność, z geometryczną wprost dokładnością, wkomponowane są sadzawki, fontanny i kaskady wodne. Z zachwytem podążamy alejkami wzdłuż wytyczonego strzałkami kierunku. Tulipany niestety już przekwitły i teraz ogrodnicy zajmują się wykopywaniem cebulek. Bratowa, zapalona miłośniczka roślin, pyta się, czy może dostać kilka cebulek, a miły włoski ogrodnik daje jej kilka ciekawszych okazów. Jeszcze krótka rozmowa, trochę kulawa, bo Włoch nie zna angielskiego, ale w ogólnym zarysie dowiadujemy się, co zrobić, żeby na przyszły rok wyrosły z cebulek tulipany. Dochodzimy do szklarni, gdzie hodowane są strelicje i lilie amazońskie. Niestety ty ostanie jeszcze nie kwitną, a szkoda, bo z przyjemnością obejrzelibyśmy ich kwiaty. Na wzgórzu stoi ośmioboczna biała budowla z okrągłymi, witrażowymi oknami. Jest to mauzoleum poświęcone założycielowi ogrodu. W środku ołtarz, stylowe klęczniki, metalowe, stylizowane świeczniki. Po prawej stronie sarkofag, ale z włoskiego napisu trudno nam dociec, czy zawiera on szczątki doczesnej powłoki kapitana Taranto, czy jest to tylko symboliczny nagrobek. Przeszliśmy może 1/6 ogrodu, kiedy zaczęło mżyć. Wyciągamy z toreb i plecaków i nakładamy na siebie kurtki chroniące od deszczu  Jak na razie nie jest najgorzej, można spacerować. Drzewa i kwitnące krzewy wzdłuż alejek tworzą coraz bardziej zwarty szpaler. Kwiaty żółte, białe, różowe i czerwone splatają się ze sobą układając się w wielobarwną ścianę. Zachwycające. Ogród przy Villa Taranto podoba mi się o wiele bardziej niż ogrody Villa Melzi w Bergamo.

Niestety deszcz zmienia się w ulewę. Stajemy pod drzewem, którego gęsta korona tworzy naturalny parasol. Może przeczekamy najgorsze i pójdziemy dalej. Stoimy tak chyba ze 20 minut godziny pocieszając się, że na będącym w zasięgu wzroku stawie nie tworzą się bąble. Mądrość ludowa mówi, że jeżeli takich nie widać, to deszcz nie będzie zbyt długo trwał. Ale mądrość ludowa mądrością, a rzeczywistość jest brutalna. Niebo robi się coraz bardziej czarne, a w oddali słychać grzmoty. Żeby jakoś zakląć  pogodę intonujemy piosneczkę „Nie lij dyszczu nie lij, bo cię tu nie trzeba...”  Dobrze, że w zasięgu wzroku nie ma żywego ducha, bo pewnie patrzono by się na nas, jak na pomyleńców:) Deszcz jednak ani myśli przestać. Mało tego, nasz naturalny, gęsty, liściasty  parasol zaczyna przeciekać. Robi nam się coraz bardziej mokro i zastanawiamy się nad innym schronieniem. Nieopodal jest mostek przerzucony nad parowem, może pod nim..? Wyskoczyłam spod drzewa, żeby zbadać teren i możliwości. Niestety mostek nie nadawał się na azyl dla zmokniętych wędrowców, ponieważ pod nim znajdowało się coś na kształt tamy utrzymującej odpływ wody z sadzawki.  No cóż, po drodze mijaliśmy WC, więc trzeba może tam się udać. Kibelki znajdują się w całkiem ładnym, sporej wielkości, oszklonym  pawilonie, wewnątrz którego widać dużą grupę ludzi. Wygląda to na jakąś zorganizowaną wycieczkę emerytów. I tak też jest.

Stoimy w pawilonie kolejne pół godziny. Deszcz nie zamierza przestać padać. Emeryci rozwijają parasole i wychodzą. Pewnie czas ich goni do następnej zwiedzanej atrakcji. My jeszcze przez kilkanaście minut stoimy podziwiając roztaczający się przez szyby widok. Tuż przed pawilonem jest wąski basen, w którym kwitną różnokolorowe lilie wodne. Trochę dalej drugi większy basem, a z boku, po lewo, z utworzonych przez tarasy kaskad, spływa woda. Tarasy porastają białe i żółte kwiaty. Wokół basenu ustawione ogromne donice z roślinami. Po prawo pergole z pnącymi różami, winoroślą i bluszczem. Dużo krzewów, drzew i palm. Ławeczki, na których fajnie byłoby przysiąść podczas słonecznej pogody. Całkiem miły zakątek, jak na WC. Tylko ile czasu można tu siedzieć?  Niebo jest tak zachmurzone, że może nie przestać lać nawet do jutra. Podejmujemy desperacką decyzję i mimo lejącego deszczu  udajemy się na dalsze zwiedzanie ogrodu.  Ogród jest piękny nawet w tak ulewnym deszczu. Ryzykując zamoknięciem aparatów udaje nam się nawet zrobić jeszcze kilka zdjęć  szczególnie uroczych miejsc. Niestety po kilkunastu minutach nie pozostaje na nas ani jednej suchej nitki. Przemoczone na wylot kurtki lepią się do bliższej ciału garderoby, a ta doszczętnie zmoczona lepi się do ciała. Spodnie sprawiają wrażenie, że  dopiero co wyjęto je z prania, a w butach zaczyna chlupotać woda. Robi się nam zimno i coraz śpieszniej podążamy w kierunku wyjścia i z ulgą wsiadamy do samochodu.  Oczywiście o kontynuowaniu wycieczki nie ma mowy. Raz, że jesteśmy zmoczeni i zziębnięci (jakiś rum by się przydał na rozgrzewkę), a dwa, że jakoś nikogo nie rajcuje łażenie po bezsprzecznie pięknych dolinach w taką pogodę, że i psa by na dwór nie wygnał. Czyli obiad będzie w domu, to znaczy w namiocie.

Gdzie tylko się da rozwieszamy w namiocie mokre ubrania, zastanawiając się jednocześnie, kiedy to wszystko wyschnie. Przebrani w suche rzeczy, z braku rumu, wypijamy na rozgrzewkę po lampce koniaku. Po kilku minutach w ciele rozchodzi się przyjemne ciepło i nawet inaczej patrzy się na mokry świat. Do namiotu przychodzi pilot Eurocampu odnosząc nam zabrane wczoraj do zameldowania paszporty. Bardzo podoba mu się nasz pomysł z ustawionym przed wejściem do namiotu, opartym na wiaderku dużym eurocampowym parasolem, który pozwala na wyjście przed namiot mimo panującej na dworze ulewy. Jeszcze chwila rozmowy o pogodzie i o urokach okolicy i po odejściu pilota zabieram się za przygotowywanie obiadu.

Około 17:00 przestaje lać i nawet nieśmiało zza chmur wygląda słońce. Na dalszą wycieczkę trochę późno, ale przecież można zrobić spacer do oddalonego o 2 km Cannobio. No to ruszamy! Idziemy końcowym odcinkiem Doliny Cannobina. W dole, poniżej drogi płynie rwący górski potok Cannobino. Po drugiej stronie rzeki, za mostkiem widać wieżę kościoła znajdującego się w pobliskiej wiosce Traffiume. Wartki nurt rzeki tworzy miejscami wodne kaskady, a miejscami tocząc swe wody niemal leniwie. Ze znajdujących się na stokach gór potoków spływają po skałach wody niewielkich wodospadów. Wszystko otoczone zielenią drzew i krzewów. Po lewo, na jednym z wzniesień widać zabudowania górskiej wioski Santa Agata, gdzie dominującą budowlą jest znajdujący się tam klasztor. W oddali widać pokryte śniegiem szczyty Alp. Przepiękny widok.

Droga prowadzi w dół, więc po 20 minutach jesteśmy już w Cannobio. Przechodzimy przez prowadzącą wzdłuż zachodniego brzegu Jeziora Maggiore główną drogę S 34 i zagłębiamy się w wąskie uliczki Starego Miasta, którymi dochodzimy do brzegu jeziora. Spacer nadbrzeżną promenadą to prawdziwa przyjemność. Czysta, zadbana Piazzetta otoczona z jednej strony kolorowymi, zdobnymi malowidłami kamieniczkami z podcieniami, w których znajdują schronienie sklepiki i restauracje. Otoczenie upiększają wszechobecne donice z wielobarwnymi kwiatami. Piazzetta zamknięta jest od północy bryłą Santuario della Pieta – kościołem wzorowanym na architekturze Bramantego. Legenda głosi, że powstał on w miejscu, w którym w 1522 r. wydarzył się cud. Pewnego dnia tutejszy obraz „Piety” nagle zaczął krwawić, a wkrótce potem okolice nawiedziła zaraza dżumy, która oszczędziła jednak pobożnych mieszkańców Cannobio. W podzięce za to Karol Boromeusz nakazał zbudowanie tu kaplicy, w której zawieszono cudowny obraz.

Spacer nad jeziorem dostarcza aż nadto wrażeń estetycznych. Jednak ciężkie deszczowe chmury znów gromadzą się na niebie i zaczynamy mieć obawy, czy uda nam się na sucho wrócić na camping. Jeszcze małe zakupy w markecie i wracamy. Na szczęście deszcz nas oszczędza, więc po dojściu niemal do wejścia na camping postanawiamy pospacerować jeszcze trochę w górę Val Cannobina. Po przejściu mostkiem na drugą stronę rzeki okazuje się, że wzdłuż jej brzegu wytyczona jest urocza trasa spacerowa. Idziemy więc brzegiem rzeki dochodząc do niewielkiej wioski Traffiume, a potem szosą wracamy w stronę campingu mijając po drodze wiekowy kościół Orrido di Santa Anna. Zegar na wieży wybija godzinę 20:00. Mimo gromadzących się na niebie chmur udało nam się na sucho dojść do namiotu. Kąpiel, kolacja i o do wyra. W nocy znowu pada.

Przejechane: 47 km. Efektywny czas jazdy: 1 godzina 17 minut. Średnia prędkość: 36,6 km/h.

3 maja 2007 r. (czwartek)

Rano budzi nas słoneczko, jednak na niebie gromadzą się ciemne chmury. W planie dzisiejszego dnia było zwiedzanie Stresy, Isola Bella, potem przejazd nad Jezioro Orta i zwiedzanie Orta San Giulio. Po śniadaniu, ze względu na niepewność pogody, decydujemy się na zmianę planów i wycieczkę do Ascony i Locarno.

O 9:30 wyruszamy. Z campingu do granicy ze Szwajcarią jest zaledwie 7 km, ale dojazd krętą drogą wzdłuż jeziora zabiera około 15 minut. Oczywiście kontrola graniczna i uprzejmy Szwajcar pyta nas dokąd jedziemy, po czym informuje, że jeśli jako turyści tylko do Locarno, to nie trzeba kupować winietki. Po kolejnym kwadransie jesteśmy w Asconie, miasteczku, które swą malowniczością przyciąga wielu artystów i intelektualistów. W przeszłości gościła tu jedna z moich ulubionych postaci, sławna tancerka Isadora Duncan i jak pamiętam z napisanych przez nią wspomnień, była oczarowana tą miejscowością.

Położona nieopodal brzegu jeziora Starówka jest zamknięta dla ruchu samochodowego. Parkujemy na jednym z okolicznych parkingów (1CHF/h) i udajemy w kierunku nabrzeża. Stare Miasto nie odbiega urokiem od Starówek znajdującego się po włoskiej stronie w Cannobio. Wąskimi uliczkami z rzędami kolorowych kamieniczek dochodzimy do brzegu jeziora i rozległej Piazzetty, zabudowanej z jednej strony stylowymi domami, w których mieszczą się  hotele i pensjonaty, a w ich podcieniach restauracje i kawiarnie. Wszędzie dużo zieleni i kwiatów. Poniżej promenady wysadzana palmami kamienista  plaża i cudny widok na Jezioro Maggiore. Naprzeciw ( trochę po  prawo) widoczna tonąca w zieleni nieduża wyspa, na wżynającym się w wodę cypelku otoczone zielenią tarasowo schodzące ku wodzie wille, a w oddali otaczające jezioro szczyty gór.  Na końcu promenady uroczy Hotel Castello stylizowany na stary zameczek. Obok pełen kwiatów niewielki park miejski.

Po ponad godzinnym spacerze promenadą zaglądamy  jeszcze do kościoła Santa Maria della Misericordia, gdzie podziwiamy wspaniałe późnogotyckie freski, jedziemy jeszcze do położonego w północnej części Ascony portu jachtowego, a stamtąd do Locarno, które oddziela od Ascony tylko ujście rzeki Maggia.  Można by właściwie powiedzieć, że obie miejscowości tworzą jedną całość.  Miasto znane  przede wszystkim z odbywających się tu w sierpniu  na Piazza Grande Międzynarodowych Festiwali Filmowych, ale oprócz tego można tu znaleźć piękne i ciekawe miejsca: sanktuarium maryjne Madonna del Sasso, Stare Miasto zwane Cita Vecchia oraz zrekonstruowany częściowo zamek Castello Visconti. Najpierw udajemy się do położonego ponad miastem klasztoru Madonna del Sasso, który wybudowany został w 1480 r. w miejscu, gdzie mnichowi Bartolomeo d`Ivrea ukazała się Najświętsza Maria Panna. Od sanktuarium można dostać się na trzy sposoby: dojechać samochodem drogą wiodącą do Orselina, wjechać z centrum Locarno funiculare  lub podążyć przemierzaną przez pielgrzymów wiodącą pod górę stromą ścieżką mijając kolejne stacje Drogi Krzyżowej. Wybieramy pierwszy wariant i po kilku minutach zatrzymujemy się na parkingu powyżej klasztoru. Osaczona na skale, zanurzona w zieleni drzew żółta bryła kościoła z czerwono-brunatnym dachem wygląda imponująco. Poniżej piękny widok na miasto i Jezioro Maggiore. Dość szerokimi, wygodnymi schodami podążamy w dół. Już z bliska podziwiamy arkadowe krużganki klasztorne i przez bramę wchodzimy na teren sanktuarium. Przechodzimy przez niewielki dziedziniec dolny, który ozdabia posąg założyciela klasztoru i schodami znajdującymi się wewnątrz zabudowań idziemy w górę do świątyni. Po drodze oglądamy ukrytą w jednej z nisz grupę rzeźb przedstawiających „Ostatnią wieczerzę”. Rzeźby trochę prymitywne i nadgryzione zębem czasu (a może korników), ale sprawiają wrażenie naturalną wielkością postaci i dbałością o szczegóły w ich odwzorowaniu.  W innej z nisz ukryta jest z kolei rzeźba Piety. Dochodzimy do dziedzińca górnego, gdzie na jednej ze ścian umieszczone zostały obok siebie dwa zegary: mechaniczny i słoneczny, a stamtąd po szerokich schodach wchodzimy do bazyliki. Kościół jest jednonawowy. Mimo dużej ilości złoceń jego wnętrze jest mroczne, co sprawia niemal zupełny brak okien oraz pomalowane na ciemnoniebiesko i granatowo ściany i sklepienia. Zachwycające są jednak proste kolumny z kremowego i różowego marmuru oraz usytuowane po obu stronach balkoniki, kryjące w swych niszach organy. Po obu stronach głównego ołtarza, gdzie w ozdobionej sześcioma kolumienkami niszy znajduje się figurka Matki Bożej z Dzieciątkiem, dwa witrażowe okna. W jednym z nich przedstawiona jest scena Zwiastowania, w drugim Nawiedzenie przez Marię św. Elżbiety. Jeszcze kilkuminutowy spacer małym fragmentem Drogi Krzyżowej otoczonej zielenią  położonych na stoku góry ogrodów i wracamy  do samochodu. Dla poszukiwaczy śladów polskości w różnych zakątkach Europy mogę jeszcze dodać, że nieopodal sanktuarium znajduje się granitowa kapliczka wotywna z obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej ufundowana przez internowanych  polskich żołnierzy.

Jedziemy w dół do Citta Vecchia i parkujemy obok pochodzącego z XIV-XVI w. kościoła San Francesco (1CHF/h) Wejście do kościoła zamknięte, ale przez znajdującą się obok bramę przechodzimy na rozległy dziedziniec, gdzie zachwyca nas namalowany w niszy na murze obraz oraz arkadowe krużganki. Prowadzącą w dół,  na prawo od kościoła, wąską uliczką dochodzimy do zrekonstruowanego częściowo Castello Visconti. Fortyfikacje zamkowe, grube mury i baszta sprawiają kolosalne wrażenie. Niestety wstęp na teren zamku i do znajdującego się w jego wnętrzach Muzeum Archeologicznego jest niemożliwy z powodu sjesty. Idziemy więc dalej w kierunku tworzącej serce miasta Piazza Grande podziwiając po drodze piękne domy bogatych patrycjuszy zdobne eleganckimi loggiami. Kamieniczki ozdabiają też różnorodne malowidła, okucia i rzeźby. Niektóre są tak piękne, że aż nie sposób oderwać od nich oczu.  Dochodzimy do brzegu jeziora i przysiadamy na chwilę na ławeczce przy porcie wchłaniając w siebie cudny widok na jezioro i położone na zboczu góry miasto. Choć w Locarno jeszcze świeci słońce nad jeziorem i górami zaczynają się gromadzić deszczowe chmury. Po kilkunastu minutach zaczyna  padać deszcz, więc wracamy do samochodu i jedziemy na camping. Deszcz towarzyszy nam przez cała powrotną drogę.

Około 16:00 przestaje padać i  znowu wychodzi słońce. Decydujemy, że pojedziemy do oddalonego o 6 km Cannero. Chociaż przy zatoczkach wzdłuż drogi wszędzie widnieją napisy „Private” zatrzymujemy się na chwilę w jednej z nich, aby zrobić zdjęcia położonym na wysepce ruinom zamku w Cannero. Zamek ten przeszedł wiele burzliwych dziejów. Wybudowany w XV w., zwany „Malpaga”, należał pierwotnie do rodziny Mazzorditi. Potem został zdobyty i zniszczony przez księcia Mediolanu Filippo Maria Viscontiego, a następnie w XVI w.  przeszedł w ręce panujących nad Maggiore Borromeuszy. Jako odbudowana twierdza nazwany został „Vitaliana” miał bronić panowania Borromeuszy nad jeziorem przed zakusami pochodzącej z Mediolanu rodziny Sforza. Z czasem stał się jednak schronieniem przemytników . W 1815 r. zauroczona magią i romantyzmem zamku księżna Walii zażyczyła sobie przekształcić marniejący zamek w letnią rezydencję, a w 1848 r. dał schronienie Garibaldiemu. Z biegiem lat zamek popadał w coraz większą ruinę, a dziś można podziwiać już tylko jego pozosta

(6 głosów , średnia 4)
Zagłosuj:
Dodaj komentarz Poleć znajomemu
Państwo:Niemcy
Kontynent:Europa
Kategoria:Zabytki

W położonym w  południowo-zachodniej Bawraii  Linderhof   znajduje się neobarokowy pałac Ludwika II.  Jest jednym z trzech zamków tego króla, a przy tym jedynym, w którym władca mieszkał przez dłuższy czas. Pierwsze plany budowy pałacu powstały w 1869 r., a...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Zabytki

Bergamo – wyglądem i atmosferą bliższe jest Alpom niż  miastom Niziny Padańskiej. Składa się z dwóch odrębnych części: położonej niżej współczesnej dzielnicy Bergamo Bassa oraz zbudowanemu na wzgórzu, prawie 400...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Lazise, niewielka miejscowość nad brzegiem Jeziora Garda zdaje się bronić przed odwiedzającymi opasającą centrum Starówki fortyfikacją pochodzącą z 1370 r.  Do miasta można wejść przez jedną z trzech bram. Zarówno uliczki Starego...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Nieopodal miejscowości Spiazzi, na stromej ścianie skalnej, przyklejone do zbocza góry, na wysokości
774 m. usytuowane jest prześliczne Sanktuarium Madonna della Corona.  ( Otoczenie go  koroną alpejskich szczytów sprawiła, iż w...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Nieduża miejscowość Malcesine położona w otoczeniu zielonych zboczy posiada piękną Starówkę z kolorowymi pałacami i brukowanymi uliczkami, która uznawana jest za najładniejszą nad Gardą. Tuż nad wodą wznosi się zwieńczona...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna
Torri del Benaco należy do najpiękniejszych spośród miasteczek nad jeziorem. Jego stare centrum stanowi długa, brukowana, poprzecinana przypominające tunele alejkami Corso Dante. Wiekowe, kamienne pałace ciągną się aż do jej końca, gdzie stoi wspaniały zamek. Za zamkiem...
więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

W szerokiej,  utworzonej przez jezioro zatoce,  rozciąga się miasteczko Garda z uroczym Palazzo del Capitano della Serenissima. Gotyckie, ostrołukowe okna zdradzają, że pałac pochodzi z czasów weneckich.  Piękna...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Lago d`Iseo jest malowniczym, piątym co do wielkości jeziorem Włoch, z krystalicznie czyst...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Kilka kilometrów od wschodniego brzegu jeziora położona jest wioska Zone, gdzie podziwiać można niezwykłe formy skalne – wysokie, cienkie iglice, które powstały na skutek erozji głazów naniesionych przez lodowiec odpowiedzialny za...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Bellagio leżące u podnóża porośniętych cyprysami wzgórz, na czubku trójkąta rozdzielającego dwie odnogi Jeziora Como, uchodzi za jedną z najpiękniejszych miejscowości we Włoszech. I trudno się z tym nie zgodzić widząc wysadzan...

więcej
Państwo:Szwajcaria
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Locarno -  obdarzone przez naturę ciepłym klimatem miasto porasta nie tylko mnóstwo kwiatów lecz również drzewa pomarańczowe, bananowce i palmy. Najbardziej znanym obiektem jest tu położone wysoko na skale sanktuarium maryjne Madonna...

więcej
Państwo:Szwajcaria
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Locarno -  obdarzone przez naturę ciepłym klimatem miasto porasta nie tylko mnóstwo kwiatów lecz również drzewa pomarańczowe, bananowce i palmy. Najbardziej znanym obiektem jest tu położone wysoko na skale sanktuarium maryjne Madonna...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Z trzech Wysp Borromejskich: La Isola Bella, La Isola Madre i La Isola dei Pescatori,  najbardziej znana i najpiękniejsza jest La Isola Bella. Kiedyś były tu gołe skały i jałowa...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Położone nad Jeziorem Maggiore Cannero, zwane też ze względu na szczególnie ciepły klimat Cannero Riviera.  Miasteczko położone jest między górami a jeziorem w otoczeniu pomarańczowych i oliwkowych drzew, a założone zostało przez...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Nazwa miasta Verbania pochodzi od słowa „verbanum” jakim Rzymianie określali cały porośnięty werbeną teren wokół jeziora. Ponieważ zimy w Verbanii są najłagodniejsze nad całym Maggiore, zachęciło to emerytowanego szkockiego...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Orta San Giulio jest uroczym miasteczkiem nad samym  brzegiem. Lago d`Orta., na zagłębiającym się w jezioro półwyspie. Można godzinami spacerować po wąskich romantycznych uliczkach, podziwiając piękne balkony z kutego żelaza. Można...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Szczyt górski

Na wysokość ponad 2000 m ponad taflą jeziora wznoszą się szczyty Masywu Monte Baldo.  Ze względu na niezliczone ilości rosnących tu różnorodnych gatunków roślin zwany on jest Ogrodem Europy.   Ze szczytów masywu Monte Baldo...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Bardolino – niewielki i zadbany kurort, w którym popularnym miejscem spacerów jest porośnięta palmami i sosnami promenada.   Miasto założyli Rzymianie,  w...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Torbole odegrało ważną rolę w toczącej się w XV w. wojnie między władcami Mediolanu Viscontimi a Wenecją., kiedy to lądem przewieziono flotę okrętów wojennych i spuszczono je tu na jezioro. Dziś miasteczko jest bazą windserfingowców...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Varese  jest ładnym miastem, pełnym ogrodów i marmurowych willi. Niedaleko od Monte Grappa, centralnego placu miasta, mieści się główna atrakcja, jaką jest ogród francuski ( wstęp wolny ), który znajduje...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Cannobio, to malownicza stara wioska, której mieszkańcy żyją niemal tak, jak przed wiekami. Nadbrzeżna droga, obwiedziona wyblakłymi fasadami domów, przechodzi w ciąg alei, których schody prowadzą do starej, zabudowanej...

więcej
Państwo:Szwajcaria
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Ascona – ongiś wioska rybacka,  dziś miasteczko oddzielone od Locarno tylko ujściem rzeki Maggia. Jego specyficzny urok i klimat przyciąga wielu artystów i intelektualistów. Kiedyś bywała tu m.in. Isadora Duncan, Paul Klee i Lenin. Obok...

więcej
Państwo:Włochy
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Korzystne położenie Stresy przy Zatoce Borromejskiej przyczyniło się do tego, że w XIX w. powstał tu jeden z bardziej luksusowych kurortów. Zatrzymywało się w nim wiele koronowanych głów, a także pisarze, jak Flaubert...

więcej