Wskazówka
Nowe zasady dotyczące cookies
W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej „Polityce Cookies”/”Polityce Prywatności”.
Logowanie
Login:
Hasło:
Załóż konto
Zapomniałeś hasła?
WYPRAWA - "Korsyka"
Ilość odsłon: 278
Dodany przez aseretka 2010-11-05 18:16:36
Data wyprawy:2008-08-29

Prolog

W drodze na Korsykę spędziliśmy 3 noce nad Jeziorem Maggiore i kolejne 3 w Lamporecchio w Toskanii. W drodze powrotnej 3 noclegi mieliśmy zarezerwowane w San Vincenzo, a następne trzy w Natterer See w Austrii. Nawet przy założeniu, że spędzilibyśmy 21 na Korsyce koszt w Eurocampie byłby ten sam a nawet niższy, bo w Austrii rezerwowany był mobilhoum. Troszkę też zaoszczędzilibyśmy na paliwie, ponieważ camping Parc Albatros jest odległy od Livorno o ok. 65 km na południe, czyli oszczędności wyniosłyby ok. 15 euro ( 12 l paliwa * 1,25 euro ). Cała  wyprawa, oprócz Korsyki, pozwoliła nam na zobaczenie:

- prześlicznej La Isola Bella oraz i La Isola dei Pescatori na Jeziorze Maggiore;

- cudnego klasztoru Certosa di Pavia położonego w okolicach Mediolanu;

- snobistycznego Portofino na Włoskiej Riwierze;

- owianej legendą gwałtowności Pistoi w Toskanii;

- Vinci – uroczego płożonego wśród toskańskich wzgórz miejsca wychowania geniusza renesansu:

- klimatycznego  toskańskiego Piombino ( miejscu, w którym się zakochałam i do którego chcę powrócić )

- malowniczego miasteczka Rattenberg w Austrii;

- Kitzbuhel - jednego z najbardziej znanych i popularnych, a jednocześnie najstarszych ośrodków sportowych w Austrii;

- bajecznych Wodospadów Krimmler Ache.

  Nasze wydatki to:

- 21 noclegów z Eurocampu  304,20 euro po kursie 3,61 zł = 1100,00 zł

- nocleg w Niemczech 132,00 euro  po kursie 3,30 = 436,00 zł

- wcześniejsza rezerwacja, która obejmuje ubezpieczenia KL  = 160,00 zł

- na paliwo za granicą, autostrady i parkingi wydaliśmy 541,83 euro po kursie 3,30 zł = 1788,00

- jedzenie ( bez szaleństw, ale i bez szczególnych oszczędności )  308,50 euro = 1018,00 zł

- wstępy 117 euro  = 386,00 zł

- prom na Korsykę 352,10 euro po kursie 3,68 zł = 1296,00 zł

- winietka na Szwajcarię  100,00 zł

- paliwo w Polsce  650,00 zł

Razem w zaokrągleniu 6930,00 zł, co przy podziale na 6 osób daje 1155,00 zł na osobę. Do tego należy doliczyć trochę prowiantu zabranego z Polski maksimum za 800,00 zł, co podwyższa koszy o ok. 150,00 zł na osobę. Jak za te pieniądze wrażeń z podróży wiele. Na forum Francja skupmy się jednak na dniach spędzonych na Korsyce.

Dzień 1 – piątek.

Dziś opuszczamy camping Barco Reale w Lamporecchio. Budzik nastawiony na 7:00 i o tej godzinie zrywamy się z bratową. Reszta towarzystwa wstaje na gotowe śniadanko o 7:30. Jajecznica na boczku ( skwareczki stopione i zapasteryzowane w słoiku ) to bardzo dobre pożywienie przed całodzienną podróżą.  Bratowa rozstawia talerze, kubki i sztućce. Ja wybijam na patelnię 15 jaj i gdy zaczynają się ścinać wrzeszczę na cały głos: Pobudka!!!! Z ociąganiem wstaje reszta towarzystwa, w tym z największym ociąganiem dwie moje wnuczki: Zuzia i Celina. Pół godziny na śniadanie oraz pozmywanie garów wystarcza i kilka minut po  8:00 jesteśmy gotowi do drogi do Livorno. Prom odpływa o 11:00, a w porcie powinniśmy być najpóźniej na godzinę przed odpłynięciem. 70 km powinniśmy przejechać maksimum w 1,5 godziny, więc mamy jakieś 30 minut rezerwy.

Jedziemy drogą na Empoli, potem S67 i S40 na Livorno. Czas jest dobry. Żadnych korków na drodze więc w Livorno jesteśmy o 9:20. I tu zaczynają się schody... Jak napisano w informacji dołączonej do biletów na prom powinniśmy się kierować znakami na: Porto, Corsica & Sardinia Ferries oraz Stazione marittima.  Owszem, żółto-niebieski znak na przewoźnika Corsica & Sardinia Ferries jest ale po jakimś czasie zanika i ni kita nie wiadomo, jak dalej dojechać do terminalu. Po prawej stronie drogi, na nabrzeżu widzimy nawet nasz prom, tylko problem, jak się do niego dostać. Stajemy przy jakieś bramce do portu i pytamy siedzącego w budce osobnika. Niestety nie rozumie ani po angielsku, ani po niemiecku. W odpowiedzi na pokazany planik szwargocze coś po włosku popierając swoje słowa gestami. W lewo, w prawo, potem znowu w prawo i w lewo... Za cholerę nie zapamiętam. Krążymy kilkanaście minut w okolicach portu. Stojąc na światłach pytam się stojącego obok Włocha o dojazd. Też nie zna angielskiego, ale gestem pokazuje kierunek. Znowu widzimy nasz żółto-niebieski prom w pobliżu, ale ciągle nie wiemy, jak do niego dotrzeć. Następny pytany Włoch, każe nam zawrócić i na światłach skręcić w lewo. Zaczynam się denerwować, bo dochodzi już 10:00 i do odprawy zostało coraz mniej czasu. Zawracamy i powtórnie pytamy się o drogę do terminalu na stacji benzynowej. Na szczęście pan mówi tam po angielsku i tłumaczy nam jak dojechać. Ufff... o 10:10 dojeżdżamy do terminalu!

 Mimo, że prom odpływa o 11:00 nie zaczęto jeszcze załadunku. Samochodów nawet nie tak dużo. Spodziewałam się większej kolejki. Stoimy więc na nabrzeżu i podziwiamy „Wielką Smeraldę”, którą będziemy płynąć na Korsykę. Prom jest olbrzymi - długi na ok. 50 samochodów i wysoki na 8-10 pięter. Za nami ustawia się jeszcze kilka samochodów i obok następny rządek. Wydaje się, że nie tylko my mieliśmy problemy z dotarciem do terminalu. Mogę tak sądzić, bo chyba ze trzy osoby pytały się mnie, czy to na pewno jest prom odpływający do Bastii.

Załadunek zaczyna się około 10:20 i przebiega bardzo sprawnie. Zostawiamy samochód w ładowni i wspinamy się schodami na górny pokład, mijając po drodze trzy poziomy z kabinami osobowymi. Kolejny poziom to restauracje, sklepy, sala telewizyjna. Następne dwa piętra prowadzą na deck, gdzie można skorzystać z leżaków. Pogoda jest piękna, więc z radością sadzamy na nich tyłki. Duchota jest tak okropna, że chcielibyśmy już odpłynąć i doznać owiewu morskiej bryzy. Odpływamy 10 minut przed czasem i zastanawiam się, co z osobami, które ewentualnie wykupiły bilety, a nie dotarły do terminalu na czas. Właściwie to nie nasz problem, ale co by było, gdybyśmy my przez to błądzenie dojechali do terminalu kilka minut przed 11:00. Zostawiamy za sobą Livorno z portowymi żurawiami, latarniami morskimi i zacumowanymi na nabrzeżach statkami. Jak podaje Hołowczyc z Livorno do Bastii jest 120 km, będziemy więc płynęli z prędkością 30 km/h.

Czterogodzinny rejs na Korsykę nie był ani przez chwilę nudny.  W jego trakcie podziwiać można było nie tylko przejrzyste, mieniące się tysiącem odcieni błękitu morze ale również i rozrzucone na wodzie małe skaliste wysepki. Z prawej strony najpierw małą, skalistą Isola Gorgona, potem dość dużą Isola de Capraia, a z lewej zarysy majaczącej w oddali Elby – miejsca zesłania Napoleona. I wreszcie widać Korsykę. Poznaję Cap Corse i jasne domy Bastii.  Coraz bliżej korsykańskiego wybrzeża i coraz ładniejszy widok na miasto. Wyraźnie widać już wsunięte głęboko w morze molo Jette du Dragon,  kościół St-Jean Baptiste, nadmorską promenadę z palmami i obsadzony platanami Plac St-Nicolas. Dopływamy do mojej Itaki, o której urodzie tyle słyszałam.

 Wyładunek samochodów idzie sprawnie i ok. 15:30 lądujemy na parkingu usytuowanym na obrzeżach Placu St-Nicolas ( 1,00 euro za 1h ). Plac leży  na terenie  dawnej wioski rybackiej Cardo zwanej Terra Vecchia. W porównaniu z innymi placami jest wręcz gigantyczny. Jego centralną część zajmuje coś w rodzaju zadaszonej altany zwanej Pawilonem Muzycznym. Jak wyczytałam w przewodniku w jednym końcu placu wznosi się pomnik ku czci poległych żołnierzy, a w przeciwległej stoi posąg Napoleona.  Pomnik ku czci poległych w latach 1914-18 i 1939-45 jest rozpoznawalny i przedstawia matkę otaczającą ramieniem swego syna, ale jakoś nie rozpoznaję stojącego na drugiej stronie placu Cesarza Francuzów Napoleona. Przebrany w rzymską togę, z laurowym wieńcem na głowie przypomina bardziej Juliusza Cezara niż małego kaprala znanego z czasów Rewolucji Francuskiej. Czyżby megalomania Korsykańczyków nakazywała w ten sposób przedstawianie syna swego narodu? Osobiście lubię Bonapatrego ale jakoś nie pasuje mi przedstawiany w roli rzymskiego herosa.

Rue Napoleon dochodzimy do Chapelle St-Roch. Ta ozdobiona piękną boazerią kaplica została zbudowana w 1598 r. po epidemii dżumy, która nawiedziła Korsykę. Oprócz boazerii w ciemnym wnętrzu kościoła przyciągają wzrok prześliczne rzeźby i zabytkowe organy. Po wyjściu z kaplicy przechodzimy wąską uliczką św. Rocha do Cours Pierandeli a następnie do Place de Hotel de Ville z piaskowo-żółtym Ratuszem. Dalej widać wznoszący się ponad portem, wybudowany w XVII w. kościół St-Jean-Baptiste. Ta barokowa świątynia z dwoma charakterystycznymi dzwonnicami jest największym sanktuarium na wyspie. W mrocznym kościele w zachwyt wprowadza mnie marmurowa, filigranowa ambona oraz stiuki i malowidła na sufitach.

Kościół św. Jana Chrzciciela stoi niemal na nabrzeżach Starego Portu, gdzie na wodzie kołyszą się liczne kutry i jachty, a nabrzeżna promenada pełna jest kawiarni, barów i restauracji. Idąc wzdłuż portu dochodzimy do powstałej w 1380 r. genueńskiej części Bastii zwanej Terra Nova. Mury wokół znajdującej się tu twierdzy wybudowane zostały w 1453 r., kiedy to Bastia stała się stolicą wyspy.  U stóp twierdzy rozciąga się Jardin Romieu, do którego prowadzą schody łączące port z cytadelą.

Przez bramę króla Ludwika XVI wkraczamy poza mury wybudowanego przez Genuańczyków miasta zwanego Terra Nova. Pierwszą rzeczą, która  rzuca się w oczy po wkroczeniu za mury jest Pałac Gubernatora z okrągłą wieżą ( basztą ), od której wzięła się nazwa miasta. Spacer schodkowymi ulicami miasta pozwala na podziwianie pięknych widoków na morze. Wąskie, ukwiecone pelargoniami uliczki oddają urok tej części miasta. Pnąc się pod górkę dochodzimy do zdobnej w aniołki i roślinne ornamenty Chapel-le Ste-Croix, a następnie do katedry Ste-Marie, będącej siedzibą biskupów w latach 1540-1801. Niestety nie dane jest nam wejście do jej wartego zobaczenia wnętrza ponieważ akurat odbywa się tam ceremonia pogrzebowa i jakoś tak niezręcznie wkraczać w celach zwiedzania. Wracamy więc na Plac St-Nicolas, gdzie pozostawiliśmy samochód, wstępując po drodze do stojącej przy uliczce za portem, zdobna w złoto i aksamity Chapelle de l`Immacueuelle.

Idąc ulicą prowadzącą wzdłuż Vieux Port podziewamy jeszcze ciekawe rozwiązania architektoniczno-sanitarne. W domach wokół portu można bowiem zauważyć postawione na balkonach przybudówki. Cóż to może być...  Otóż nic innego, ja zwyczajne kibelki. W starych domach Bastii problemy stwarzało ich skanalizowanie i rury zostały umieszczone na zewnątrz budynków. Sprawiło to, że ich współcześni mieszkańcy zlokalizowali swe toalety na balkonach. Nawet to rozwiązanie mi się podoba, bo: po pierwsze toaleta nie zajmuje części mieszkalnej, a po drugie całkiem przyjemnie jest załatwiać potrzebę na świeżym powietrzu :)

Jeszcze ostatnie spojrzenie na Bastię i po prawie trzech godzinach zwiedzania  ruszamy w drogę na camping w Marina d`Erba Rossa położony w okolicach Ghisonaccii. Droga należy do najprostszych na Korsyce, więc z założenia wynikało, że powinniśmy te 85 km przebyć w godzinę. Niestety dojazd w okolice Borgo zajął nam około godziny ze względu na liczne korki. Dalej poszło już sprawniej przed 21:00 docieramy do miejsca noclegu. Jednym z pilotów Eurocampu okazuje się być Polka Magda, studiująca w moim rodzinnym mieście anglistykę. Wczuwając się w rolę Madzia stara która się nam przybliżyć uroki Korsyki i wychodzi jej to nawet nieźle, ale ja zdołałam już wcześniej zgłębić tajniki tej wyspy i znam miejsca, które zamierzam zobaczyć. Rozmowa zaczyna więc się toczyć na temat miejsc, które ja polecam do odwiedzenia w Łodzi. Aby przybliżyć uroki naszego miasta mąż pożycza Magdzie „Spacerownik po Łodzi” autorstwa Ryszarda Bonisławskiego, wielkiego miłośnika i piewcy Ziemi Obiecanej. Jeszcze wymiana kilku grzecznościowych zdań i lądujemy z wyznaczonym namiocie. Powitalnego wina brak, ale nie przejmujemy się tym. Jesteśmy głodni i pora zjeść coś porządnego na obiado-kolację. No to na szybko spaghetti bolonesse z wołowiną z puszki. Do tego zakupione w Lamporecchio toskańskie wino i żyć nie umierać...

 Dzień 2 - sobota.

Wstajemy o z bratową o 7:00. Jest już widno i można w spokoju wypić poranną kawę przy czytaniu książki. Reszta niech śpi, przynajmniej jest spokój. Między 8:00 a 8:30 zaczyna się wygrzebywać z sypialni reszta towarzystwa. Czas na śniadanie.

Przed 10:00 już jesteśmy gotowi do plażowania. Camping  Marina d`Erba Rossa położony jest tuż przy pokrytej drobnym piaskiem, szerokiej plaży Pinea otoczonej palmami i drzewami piniowymi. Zwiedzone przez nas wcześniej sanitariaty i łazienki campingowe sprawiają też dobre wrażenie. Ogólnie camping jest czysty i sprawia przyjemne wrażenie, ale... wszystko się tu poci. Z rosnących drzew co chwilę skapuję jakiś sok, plamiący powierzchnię namiotów i ubrania osób przebywających na powietrzu. Na plaży za to cudnie. Złocisty piasek, cieplutka, krystalicznie czysta woda. W oddali majaczą zarysy gór. Z rozkoszą oddajemy się plażowaniu i kąpieli w cieplutkiej wodzie. Przeźroczyste odmęty Śródziemnego Morza zachęcają do kąpieli. Cielę i Zuza z radością włażą do morza. My też nie wytrzymujemy w 35 0 upale. Jak dla mnie woda jest jednak zbyt ciepła, ale i tak siedzenie w niej jest lepsze niż skwierczenie na plaży. W sielskiej atmosferze plażowania i kąpieli czas upływa nam aż do obiadu, na który szybko przygotowuję czerwony barszczyk i ziemniaki puree z grubo pokrojonymi skwareczkami z brzuszka.

Po obiedzie znowu kąpiele i plażowanie. Mieliśmy zamiar iść teraz na basen, jednakże okazało się to totalnym niewypałem. Moim zdaniem szkoda płacić 3,50 euro za korzystanie z niego podczas pobytu na campingu Marina d`Erba Rossa. Basen położony jest tuż przy plaży i nie ma żadnych specjalnych zalet. Leżaków na nim mało, a atrakcji żadnych. Nawet zjeżdżalni nie ma. Ludzi za to, jak mrówków i z braku leżaków pozostałoby wylegiwanie się na betonowych płytach. Wykupienie więc u pilotów Eurocampu 4 opasek po okazyjnej cenie 3 euro od osoby uważam za niepotrzebny wydatek. Bardziej podoba mi się leżenie na plaży i pływanie w odmętach Morza Śródziemnego.

Wieczorem zakupy w markecie U w Ghisonaccii. Jak okazuje się wcale nie jest tak drogo.  Ładujemy do koszyka 10 jaj ( 2,39 euro ), szynkę konserwową ( 360 g 1,36 euro ), pomidory ( 1,60 euro/kg ), ziemniaki ( 2,46 euro/5kg ), litr mleka ( 0,84 euro ), smarowidło do chleba ( 1,74 euro ), dannonki dla dziewczynek ( 1,05 euro za 4 szt.), chleb  ( 2,20 euro ), 4 bagietki  ( 0,70 euro za szt. ), wodę mineralną  ( 6 butelek 2,70 euro ), 6 gazowanych napojów cytrynowych ( 0,27 euro/1,5 l ) oraz korsykański miód za 3,29 euro. Kupujemy jeszcze, na następny dzień na obiad, ryby za 14,01 euro, 30 buteleczek ( 0,25 l ) piwa Kronenbourg  za 8,90 euro oraz 6 puszek korsykańskiego piwa kasztanowego Petra za 6,79 euro. Obładowani zakupami wracamy na kolację.

Noc okazuje się koszmarem. Makabra zaczyna się  około 22:00 i kończy około 4:00 nad ranem. Gdzieś niedaleko campingu zlokalizowana jest dyskoteka i głośne dźwięki instrumentów perkusyjnych nie pozwalają zasnąć. Dziewczynki też się budzą i zaczynają marudzić, że odgłosy podobne do tamtamów nie dają spać. Na melodię dźwięcznego : łub, łub, łub próbuję nucić kołysankę „Aaaa, koty dwa”, co tylko rozbudza wesołość.  Pozostaje tylko jedno wyjście, czyli włączenie dzieciakom filmu na komputerze. Po obejrzeniu połowy „Opowieści z Narnii’ Zuzia i Ciele usypiają.  My też trochę przysypiamy, ale jest to sen płytki, z przerwami. Z radością witam wstający dzień, bo nie trzeba się przewracać na łóżku.

 Dzień 3 – niedziela.

Śniadanie o 7:00, bo przed nami dziś wycieczka na południowe krańce wyspy. Już przed  8:00 jesteśmy gotowi do wyjazdu w kierunku Solezary. Przed mostem na rzece Solenzara droga D268 prowadzi w górzyste okolice Korsyki. Najpierw zbocza porasta makia, ale z czasem drzewa stają się coraz wyższe. Po ok. 8-10 km docieramy do rzeki z trzema kamienistymi kąpieliskami, gdzie robimy krótką przerwę podziwiając wspaniały widok na okolice. Jeszcze chyba za wcześnie na kąpiele i plażowanie, bo nad Solenzarą ani żywego ducha. Zanim jednak odjedziemy pojawiają się na parkingu pierwsi wczasowicze, którzy rozkładają na kamieniach maty i leżaki.

Jedziemy przez korsykański Parc Naturel. Piękne widoki rozciągają się niemal z każdego odcinka krętej drogi. Im bliżej Przełęczy  Bavella tym droga staje się coraz bardziej kręta, a za każdym zakrętem, aż do połączenia łańcuchów górskich, ukazują się coraz cudowniejsze krajobrazy. W chłodnym, liściastym lesie  Foret de Bavella na ciemnozielonych łąkach kwitną fiołki alpejskie, orliki i górskie osty. Skaliste zbocza porastają czarne, korsykańskie sosny. Przy drodze kamienista chata, a na jej wysuniętym ku drodze tarasie siedzi prawdopodobnie przy śniadaniu trzech panów. Dziwimy się, że komuś chce się mieszkać na takim odludziu, chociaż patrząc z innej strony sama chętnie bym zamieszkała tak z dala od cywilizacji.

Leżąca na wysokości 1218 m Col de Bavella to prawdziwe cudo. Surowe skały otoczone zielenią sosen. Wszyscy wpadamy w zachwyt nad prześlicznymi widokami na okoliczne szczyty i doliny. Na przełęczy krzyż i ustawiona pośród kamieni figura Matki Bożej. Pod nią, na rumowisku z kamieni tabliczki zawierające intencje Do tego posągu Notre-Dame des Neigres co roku 5 sierpnia podążają pielgrzymki. Całości obrazka dopełniają przechodzące po zboczach krowy, które nic a nic nie dbają o stromizmy górskich zboczy. Na przełęczy jest tak cudnie, że chciałoby się tu zostać na dłużej i wkroczyć w  górski świat.

Jedziemy teraz w dół niezabezpieczoną niczym po prawej stronie drogą. Można doznać zawrotów głowy spoglądając w dół i myśląc, co by było, gdyby samochód stoczył się w przepaść. Znowu wjeżdżamy w las korsykańskich czarnych sosen.  Mijamy położony po lewej stronie hipodrom i dojeżdżamy do małej, ładnej miejscowości Zonza z kilkoma restauracjami i kawiarniami. Urocze kamienne domy i kamienny kościół wybudowany na skraju miasteczka.  Dzięki pięknemu położeniu w miejscu, gdzie stykają się trzy trasy prowadzące przez Alta Rocca (regionu należącego do rodziny szlacheckiej władającej niegdyś całym południowym obszarem wyspy) miasteczko stało się turystycznym centrum regionu. Z miejscowości tej prowadzi wiele szlaków w górzyste rejony Korsyki.

Droga D368, która wiedzie z Zonzy do Porto Veccio prowadzi znowu przez wspaniałe lasy. W okolicach małej wioski L`Ospendale zatrzymujemy się przy  zaporze wodnejCiemnoniebieska woda wspaniale harmonizuje z zielenią sosen, błękitem nieba i szarością skał. Aż by się chciało zostać tu na dłużej, poplażować i popływać. W pobliżu zbiornika znajduje się szlak prowadzący do wodospadu Piscia, ale z braku czasu nie decydujemy się na podziwianie tego cudu natury, bowiem, jak głosi przewodnik, droga w obie strony zabiera ok. 1,5 h.

Za zaporą wodną Z okolic L`Ospendale podziwiać też można imponujący widok na Porto Veccio i szmaragdowe morze. Niestety, mimo pięknej pogody, widok pokryty jest lekką mgiełką unoszącą się znad morza. Ale i tak fajnie jest popatrzeć z góry na miasto i zatokę.

Do Porto Vecchio dojeżdżamy w samo południe. Trudno jest ze znalezieniem miejsca do parkowania w okolicach Starego Miasta, ale jakoś udaje nam się zaparkować ciut poniżej, na drodze prowadzącej do portu. Ponieważ dzisiaj niedziela nie trzeba uiszczać opłaty za parkowanie.

Chociaż fortyfikacje Porto Vecchio powstały w 1539 r. Stare Miasto nie wydaje się aż tak bardzo stare. Jego centralnym miejscem jest Plac de la Republiqe z białym kościołem i licznymi kawiarniami zgromadzonymi wokół rosnącego na środku wielkiego drzewa. Kawiarnie i sklepiki zajmują też miejsce przy niemal wszystkich uliczkach Starówki. Na jednym z placyków trafiamy na targ, gdzie mieszkańcy Korsyki sprzedają lokalne specjały. Na rozłożonych ladach piętrzą się góry suszonych kiełbas i szynek, stoją słoiki z miodami i lokalnymi konfiturami, bieleją się i żółcą miejscowe owcze i kozie sery. Kupujemy apetycznie wyglądające canistrelli - ciastka z migdałami i orzechami o lekko cytrynowym smaku. Są pyszne i żałuję, że nie wzięłam więcej, ale nie chce mi się już wracać, bo właśnie dochodzimy do Francuskiego Bastionu. We wnętrzu kamiennej prostokątnej baszty wystawa współczesnych obrazów, a z okien twierdzy  rozciąga się wspaniały widok na leżący poniżej port, otoczoną piniami i dębami korkowymi zatokę oraz saliny, z których pozyskiwana jest sól morska.

Upał daje się we znaki i opuszczając Porto Vecchio postanawiamy odpocząć z godzinkę lub dwie na jednej z pobliskich plaż: Palombaggia lub Santa Giulia. Wybór padł na Palombaggię położoną przy Baie de Rondinara. Jednakże ta lokalna atrakcja jakoś nie wprawiła nas w zachwyt i uznaliśmy, że o wiele ładniej prezentuje się ona na zdjęciach w widokówkach. Piasek, który z daleka lśnił w słońcu bielą z bliska okazał się wcale nie taki miękki i biały. Uroku wąskiej plaży dodawały czerwone skałki i zielone parasole pinii. Aby skorzystać z prysznica i opłukać się z morskiej soli trzeba zapłacić 10 eurocentów. Za tę sumę w położonym obok barze otrzymuje się kurek pozwalający na włączenie dopływu wody.

Po kąpieli, wypoczynku i zjedzeniu kilku kanapek ruszamy w dalszą drogę do Bonifacio. Jadąc drogą wzdłuż zatoki podziwiamy z góry przepiękny widok na rozciągającą się w dole plaże. Widok zapiera dech w piersiach i uznajemy, że Palombaggia widziana z oddali może zachwycać.

 Parę minut po 15:00 dojeżdżamy do Bonifacio. Parkingi z napisem „Gratuit” wcale nie okazują się bezpłatne. Owszem bezpłatnie można z nich korzystać, gdy wykupi się u przewoźnika wycieczkę łodzią. Parkujemy więc na parkingu miejskim tuż przy porcie ( 1,50 euro za godzinę ) i wędrujemy wzdłuż nabrzeża w kierunku Starego Miasta. Znajdująca się przy kościele St-Erasme  schodkowa ulica prowadzi  z nabrzeża do Col St-Roch, gdzie stoi biała kaplica św. Rocha. Jest to przy tym świetny punkt widokowy na morze i biały klify. Z drugiej strony podziwiać można widok na port osłonięty przed wiatrem 60 metrowymi skalnymi ścianami.  

Na Starówkę wchodzimy przez masywną genueńską bramę Porte de Genes, która niegdyś stanowiła jedyne wejście do miasta i zagłębiamy się w labirynt średniowiecznych uliczek i zaułków, gdzie kłębią się tłumy turystów. Na głównym placu miasta - Ste-Marie-Majeure stoi pochodząca z XIV w. świątynia  oraz znajduje się loggia, która niegdyś była miejscem obrad sądu. Zaglądamy do żółto-piaskowego kościołka St-Joannes-Baptista i  do jedynej na Korsyce gotyckiej świątyni St-Dominique. Z placu, gdzie stoi pomnik Żołnierzy Legii Cudzoziemskiej jeszcze raz podziwiamy widok na wąską, otoczoną klifami zatokę, w której położony jest port. Rampe St-Jacques dochodzimy do jednej z wież bastionu, u stóp której znajdują się legendarne schody Escalier du Roi d`Argon wykute w skale w ciągu jednej nocy. Dzieciaki są jednak już zmęczone i nie podejmujemy się wędrówki pod klify po 187 skalistych stopniach. 

W planie był jeszcze przejazd drogą N196 przez Zatokę Ventilegne i powrót do Porto Vecchio N859 przez Figari i Scotta. Wydaje mi się jednak, że jest już zbyt późno na taką podróż. Poza tym daje się we znaki niezbyt dobrze przespana noc, więc decydujemy się powrócić na camping znaną nam już drogą N198. Na campingu jesteśmy przed 19:00. Przejechane 241 km. Na obiado-kolację ze smakiem zjadamy usmażone, kupione wczoraj ryby. Noc znowu koszmarna przy dźwiękach dyskoteki. Na szczęście jutro można dłużej pospać.

Dzień 4 - poniedziałek.

Poranna kawa, cisza i błogi spokój. Po 8:00 spaceruję do pobliskiego Spara po świeże pieczywo. Bagietki tu nieco droższe niż w U, bo po 0,90 euro. Wrzucam jeszcze do koszyka serek camembert
(1,10 euro) 6 małych joghurtów (po 0,20 euro za sztukę) i prawie dwukilogramowego kurczaka za 7,08 euro. Gdy wracam na camping wszyscy jeszcze śpią, więc spokojnie zabieram się za przygotowanie śniadania  jednocześnie podszykowując obiad. Widocznie zapach podsmażanego kurczaka pobudził towarzystwo, bo zaczynają się wygrzebywać z sypialni. Poranna toaleta, śniadanie i można iść na plażę.

Pogoda cudna. Na plaży słychać coraz więcej polskiej mowy. Dojechało sporo rodaków, więc zaczynam się czuć jak w Międzyzdrojach. Po obiedzie spacer po Ghisanocii. Miasteczko właściwie nie oferuje niczego ciekawego. Kilka lodziarni, skupione wzdłuż głównej drogi restauracje, kilka sklepików oferujących lokalne produkty.

Oddalona o ok. 20 km Solenzara okazuje się równie mało ciekawą miejscowością. Ot takie sobie wypoczynkowe miasteczko z hotelami, pensjonatami i kilkoma sklepikami. Jak dla mnie nudno. Nawet zdjęć nie warto robić. Wracamy na camping. Jutrzejszy dzień zapowiada się ciekawiej.

Dzień 5 - wtorek.

Pobudka przed 7:00. Śniadanie i wyjazd o 7:30. Jedziemy drogą D344, która początkowo jest prosta i mało ciekawa. Mijamy kilka wiosek, plantacje drzew laurowych i po półgodzinnej jeździe wkraczam na krętą drogę prowadzącą wzdłuż wąwozów rzeki Fium`Orbu. Te należące do Parku Narodowego tereny leżące pomiędzy Ghisanoccia a Monte Renoso słyną zarówno z niedostępności jak i z pięknych widoków. Droga biegnie między wznoszącymi się na wysokość 300 m n.p.m. skalnymi ścianami porośniętymi bukowymi i sosnowymi lasami.

Mijamy zbiornik retencyjny z małą elektrownią wodną i wkraczamy w kamienny świat. Wąwozy robią niesamowite wrażenie a droga w pełni zasługuje na nazwę widokowej. Rumowiska skalne, strome szczyty gór, porośnięte bukowymi i sosnowymi lasami skalne ściany, płynący w dole po kamieniach górski potok i niczym nie zabezpieczona kręta droga przyprawiają o zawrót głowy. Tereny są tak niedostępne, że w 1815 r. został tu opracowany plan bezpiecznego schronienia dla Napoleona po jego ucieczce z Elby.

Po minięciu kolejnego zbiornika retencyjnego dojeżdżamy do położonej w malowniczej kotlinie  niewielkiej wioska Ghisoni. Nad kotliną wznoszą się dwa majestatyczne szczyty: Christe Eleison i Kyrie Eleison. Wjeżdżamy w obszar ciemnego lasu czarnych, korsykańskich sosen. Zbocza gór porastają ciemnozielone paprocie. Droga jest coraz węższa, ale na szczęście ruch jest niewielki i można jechać środkiem. W tych górskich, zdawałoby się niedostępnych ostępach natrafiamy na środku drogi na krowę karmiącą cielaka. Trzeba się zatrzymać i umożliwić matce nakarmienie dziecka. Zuzia i Celina są zachwycone tym widokiem, a ja żałuję, że nie wyciągnęłam z torby aparatu. Mućka po chwili ustępuje nam drogi i jedziemy dalej ku przełęczy Sorba.

Z  położonej na wysokości 1311 m n.p.m. Col de Sobra roztacza się cudny widok na górzyste wnętrze Korsyki, szczyt Punta Muru ( 1565 m n.p.m. ) na północy oraz Monte Renoso (2352 m n.p.m.) na południu.  Patrzymy na wijącą się drogę prowadzącą w dolinę i po chwili zjeżdżamy w dół. Gołoborza pokryte martwym lasem sprawiają niesamowite wrażenie. Od patrzenia w dół można dostać zawrotów głowy. Krajobraz iście księżycowy. Skalne rumowiska porastają suchorośla i górskie osty. Jednak im niżej, tym robi się bardziej zielono. Suchorośla ustępują miejsca paprociom, skrzypom i widłakom.. Sosny są zieleńsze i mieszają się z kasztanowcami.

Wjeżdżamy na drogę N 193 i kierujemy się ku przełęczy Vizzavona. Króluje tu ukształtowany przez lodowiec masyw granitowy ze stromymi skałami i głębokimi wąwozami. Zatrzymujemy się na znajdującym się tu parkingu  i oznaczonym szlakiem kierujemy się ku znajdującym się powyżej ruinom fortu oraz położonemu dalej wodospadowi. Po 15 minutach docieramy do górskiej fortecy i odsapnąwszy ździebko idziemy dalej. Ścieżka jest wąska i wyboista. Chwilami mam obawy, czy nie spadniemy w przepaść. Dziewczynki zaczynają marudzić, a i ja mam dosyć uciążliwej wędrówki. Jak zapowiadał przewodnik do Cascades des Anglais powinno się dotrzeć po ok. 30 minutach, a tu ni widu, ni słychu. Rezygnuję z dalszej wędrówki i przysiadam z Zuzią i Celiną na zwalonym pniu drzewa. Brat i bratowa decydują się na dalszą wędrówkę, a my z mężem i dziewczynkami podziwiamy śliczny widok na górskie zbocza i położoną poniżej dolinę. Po krótkim odpoczynku wracamy na parking, a po drodze doganiają nas pozostali członkowie wyprawy. Dotarli do wodospadu, ale nie wzbudził on w nich zachwytu. Z ich opisów widzę, że nie ma co żałować przerwanej wędrówki.

Jedziemy dalej N193 w kierunku Ajaccio. Z górzystych obszarów wkraczamy na rozległy płaskowyż. Miasto wita nas ulicznym ruchem i korkami. Ponieważ akurat zwolniło się miejsce parkujemy przy Cours Napoleon w okolicach kaplicy św. Rocha. Dalej powędrujemy sobie pieszo. Skręcamy w wąską uliczkę prowadzącą do Palais Fesch, w którym zgromadzona jest kolekcja włoskich dzieł sztuki. Podczas kampanii włoskiej kardynał Joseph Fesch – wuj Napoleona, który został kwatermistrzem swojego siostrzeńca - zgromadził wiele dzieł sztuki, głównie obrazów, które można podziwiać dziś w jego pałacu. Tuż obok znajduje się wzniesiona w 1857 r. przez Napoleona III  Chapelle Imperiale, będąca miejscem pochówku kardynała Fescha i jego siostry Letycji. Idąc dalej wąską uliczką pełną kramów i sklepików dochodzimy do Placu Marechal Foch, gdzie centralne miejsce zajmuje Lwia Fontanna z marmurowym posągiem Napoleona Bonaparte. I znowu cesarz ubrany w rzymską togę jakoś niepodobny jest do znanego mi z malowideł Napoleona. Nawet w twarzy trudno jest dopatrzyć się podobieństwa. Rozległy, ocieniony palmami plac sprawia jednak miłe wrażenie. Ładnie też prezentuje się na tle zieleni bladoróżowy Hotel de Ville.

Przy skrzyżowaniu Rue Bonaparte i Rue Saint-Charles mijamy stojący tu Maison Bonapatre, dom rodziny Bonaparte, w którym przyszedł na świat Napoleon I. W jego wnętrzu zgromadzone zostały pamiątki po Napoleonie i jego rodzinie: meble, obrazy, stroje z epoki empire, biżuterię oraz maski pośmiertne i  szablę cesarza.

Na wysuniętym na południe cyplu króluje stara Cytadela, w której do dziś stacjonuje wojsko. Kamienne mury twierdzy przyozdabiają rosnące bujnie pióropusze palm. Z położonego nieopodal Pointe Maestrello roztacza się piękny widok na Zatokę d`Ajaccio. Oko cieszy krystalicznie czysta woda, wąska biała plaża i jasne domy na tle porośniętych lasami górskich zboczy.

Przechodzimy obok budynku korsykańskiego Parlamentu, katedry Norte Dame de la Misericorde, w której  ochrzczony został w 1771 r. przyszły cesarz Francuzów i dochodzimy do Placu d`Austerlitz, gdzie stoi kolejny, duży posąg Napoleona. Tutaj też cesarz przypomina bardzo rzymskiego zwycięskiego wodza, którego skronie wieńczy laurowy wieniec.  Jakoś wcale mi się nie podoba taki Napoleon, ale cóż zrobić... widocznie tak Korsykańczycy widzą wielkiego syna swego narodu.

Opuszczamy Ajaccio prowadzącą  wzdłuż północnego wybrzeża zatoki  Route des Sanguinaires i kierujemy się ku malowniczemu Pointe de la Parata. Po drodze mijamy zamożną dzielnicę mieszkaniową, hotele i piękne plaże z drobnym, złocistym piaskiem. Mimo, że do przylądka jest zaledwie 15 km przejazd utrudniają gigantyczne korki i pokonanie trasy zabiera prawie godzinę. Wreszcie dojeżdżamy. Skalisty cypel jest naprawdę uroczy. Na szczycie niezbyt wysokiego wzgórza stoi genuańska wieża strażnicza, a z pod jej stóp roztacza się wspaniały widok na leżące na południowym-zachodzie Iles Sanguinaires – Krwawe Wyspy, które mienią się czerwienią o zachodzie słońca. Niestety do zachodu jeszcze sporo czasu, więc nie jest nam dane podziwianie ich w pełnej krasie. Patrząc z przylądka na północ  podziwia się natomiast prześliczną zatoczkę Anse de Minaccia z niewielką plażą. Nasyciwszy dusze widokami postanawiamy nasycić też i nasze ciała przed dalszą podróżą, więc w położonej przy parkingu restauracji zamawiamy pizzę (6,5 euro za szt.). Mija 14:00. Posileni ruszamy w dalszą drogę.

Mając na względzie korki w okolicach Ajaccio oraz w samym mieście postanawiamy je ominąć jadąc drogą D 111b. Teraz jeszcze raz mamy możliwość podziwiania pięknego widoku na Anse de Minaccia. Dalej droga skręca jednak ku wschodowi i prowadzi przez górzyste tereny ku Przełęczy św. Antoniego.  Krajobraz prawie jak w Andorze, choć górki może nieco niższe. Mijamy obrzeża Ajaccio i kierujemy się na N196 prowadzącą wzdłuż rzeki Mutuleju. Początkowo jedzie się dość szybko, bo droga jest w miarę prosta. Po kilkunastu kilometrach zaczyna się jednak coraz bardziej wić. Zbocza gór porastają bukowe i sosnowe lasy. Po górskich zboczach i po drodze chodzą samopas stada krów. Zadziwiające, że nikt ich nie pilnuje i jakoś same trafiają do zagrody. Przecież muszą być wydojone.

Dojeżdżamy w okolice Petreto i zaczynamy się zastanawiać, czy warto skręcić w D 757 do Filitosy, czy jechać na wschód w kierunku Aulene i Solenzary. W planie mieliśmy zwiedzenie Filitosy – wioski pochodzącej z wczesnej epoki kamienia łupanego, z kamiennymi menhirami i dolmenami. To kusi, bo osobiście lubię takie klimaty ale... mija 16:00 i nie jestem pewna, czy warto.  Zaglądam do przewodnika, gdzie napisano, że na zwiedzanie wykopalisk należy przeznaczyć ok. 2-3 godzin, że bilet kosztuje 4 euro ( czy na pewno? bo wydaje mi się, że gdzieś czytałam o 7-8 euro ) i że wykopaliska oraz muzeum czynne są codziennie, niestety nie napisano do której godziny.  Jak podaje Hołowczyc do celu jest 26 km, co w górzystym terenie może oznaczać nawet godzinę jazdy. Przyjmując, że dojedziemy na 17:00, a wykopaliska są otwarte do 19:00 można by ryzykować, ale do pokonania zostaje jeszcze droga na camping o długości ok.100 km. Decydujemy się odpuścić sobie Fitosę i jedziemy przez  Alta Roca.

Pokonanie 18 km krętej, widokowej drogi do Aullene zabiera nam 40 minut. Zatrzymujemy się  na kilka minut w tej położonej na  wysokości 850 m n.p.m. wiosce, w której największą atrakcją  są stare korsykańskie domy, XVII-wieczny kościół oraz roztaczająca się wokół fantastyczna panorama. Dalej kierujemy się  na niewielką wioskę Quenza skąd roztacza się prześliczny widok na Płaskowyż Coscione i przekraczając rzekę Criviscii docieramy do znanej już nam Zonzy. Nie zatrzymują się przejeżdżamy przez Przełęcz Bavella, a następnie wzdłuż rzeki Solenzara i o 20:20 docieramy na camping. Przejechane 283 km.

Dzień 6 – środa.

Jak zwykle ja i bratowa wstajemy najwcześniej. Poranna toaleta, kawa i kilkunastominutowy spacer do pobliskiego marketu po pieczywo ( bagietka 0,90 euro, chleb 2,30 euro ) i mleczko dla dziewczynek ( 0,87 euro/l ). Jeszcze smarowidło do chleba  ( dwa opakowania w promocyjnej cenie za 2,14 euro ) i pomidory ( 1,06 euro ). Na obiad przewiduję dziś  zabrany z Polski zawekowany schab i ziemniaki puree, więc nie ma potrzeby kupowania czegokolwiek. Gdy wracamy do namiotu reszta towarzystwa jeszcze śpi. Najpóźniej, bo około 9:00 wstają zmęczone wczorajszą wycieczką dziewczynki. Bez zbędnego marudzenia idą jednak z bratową na poranne mycie, a potem z apetytem ( mało zjadły wczoraj wieczorem ) zasiadają do mleka z czekoladowymi kuleczkami.

O 10:30 jesteśmy już gotowi do plażowania w przeciwieństwie do naszych mieszkających naprzeciwko rodaków, którzy dopiero wygrzebali się z łóżek. Czas do obiadu upłynął nam znów na plażowaniu i morskich kąpielach. Morze jest spokojne i gładziutkie jak stół, więc dziewczynki chętnie same pływają na gumowych wałeczkach zwanych przez Francuzów frytkami, a przez Włochów spaghetti.

Późnym popołudniem spacer po znajdującym się obok campingu mini zoo. Zuzia i Ciele są zachwycone zwierzątkami i tym, że mogą je karmić czerstwym chlebem. Podobają im się dzikie świnki, kangurki, strusie i jelonki. Zuzia jednak z rozrzewnieniem wspomina chodzące wolno pomiędzy samochodami żyrafy, które widziała przed rokiem będąc z nami w safari parku w Beekse Bergen. Jeszcze krótki spacer  wzdłuż gaju palmowego i wracamy do namiotu.

Na kolację rozpalamy grilla i pieczemy przywiezioną z Polski kiełbasę.

Dzień 7 – czwartek.

Pobudka o 7:00, bo dziś w planie wycieczka na Cap Corse.  Toaleta, śniadanie i przed 8:00 jesteśmy zwarci i gotowi do wyjazdu. Zwiedzanie Bastii można już sobie odpuścić, więc przejeżdżamy tylko przez miasto kierując się ku miejscowości Erbalunga.

Jedziemy malowniczą drogą wzdłuż wschodniego brzegu Cap Corse. W dole widać rozciągające się płachetki kamienistych plaż. Mijamy Miomo, gdzie na położonej przy plaży, na zielonej, łupkowej skale stoi dobrze zachowana genuańska wieżą strażniczą. Droga robi się coraz bardziej kręta i prowadzi skalną półką. Patrząc poniżej widać nie tylko prześliczne, skaliste wybrzeże ale i ułożone tarasowo eleganckie rezydencje i wille z ukwieconymi ogrodami.

Zatrzymujemy się w Erbalunga – niewielkim, dobrze zachowanym korsykańskim miasteczku. Idąc od parkingu przechodzimy obok Placu de Goulla, na którym stoi pomnik ku czci żołnierzy poległych podczas II Wojny Światowej. Przechodzimy na drugą  stronę prowadzącej wzdłuż Cap Corse drogi
D 80 i wkraczamy w zupełnie inny świat.  Brukowane wąskie uliczki z kamiennymi domami wiodą nas do rybackiego portu przy którym stoją pozostałości strażniczej wieży. Widok na skaliste wybrzeże jest uroczy, a i sami miasteczko sprawia przyjemne wrażenie. Zbudowane z łupków surowe domy ozdabia zieleń i kwiaty. Aż szkoda, że tak krótko można spacerować uroczymi uliczkami i zaglądać do tajemniczych zaułków.

Skalną półką kierujemy się dalej na północ. W dole widać błękitne morze z kamienistym brzegiem i małymi spłachetkami plaż. Urocze zatoczki zapraszające do kąpieli, tarasowo ułożone przydomowe, pełne zieleni ogródki. Krajobraz staje się bardziej dziki. Zielone ogródki ustępują makii. Skały porastają suchorośla i tamaryszek. Ale ta dzikość też  ma swój swoisty urok. Mijamy kolejną wieżę strażniczą. W czasach  genuańskich wzniesiono ponoć 150 takich obiektów mających za zadanie ostrzeganie przed nadciągającymi piratami. Kiedy wartownicy dostrzegali zagrożenie rozpalali na znajdującej się na wieży platformie ognisko, ostrzegając w ten sposób ludność i informując o niebezpieczeństwie kolejne wieże. W ten sposób w krótkim czasie cała wyspa powiadomiona była o nadpływającym wrogu, a ludność mogła się przygotować wcześniej do obrony.

Przejeżdżamy przez Siscu z kamienistą plażą w niewielkiej zatoczce. Po lewo zielone, łupkowe skały a na nich wzniesiony jakiś pomnik. Dalej niewielka Ampuglia położona podobnie jak Siscu w kamienistej zatoczce. Łupkowe skały zaczynają przybierać najrozmaitsze kolory mieniąc się nie tylko zielenią ale i wszystkimi odcieniami żółci, od wręcz cytrynowej przez pomarańczową aż po brąz. Cudownie to wygląda. Gdzieniegdzie na zboczach gór położone są winnice.

Na nabrzeżu widać następną dobrze zachowaną wieżę strażniczą, a dalej Porticciolo z ruinami kolejnej wieży oraz  Meria ze strażniczą basztą. Zatrzymujemy się w Macinaggio, gdzie z jachtowego portu roztacza się widok na Wyspy Finocchiarola. Jeszcze krótki spacer główną ulicą miasteczka prowadzącą wzdłuż nabrzeża, wejście do małego, białego kościółka położonego przy drodze prowadzącej do Roglano i jedziemy dalej.

Przejeżdżając na zachodnią część Cap Corse odbijamy trochę od morza zapuszczając się w górskie krajobrazy. Droga prowadzi przez porośnięte lasami zbocza i rumowiska skalne. Zatrzymujemy się na Przełęczy de la Serra skąd roztacza się wspaniały widok na Capo Bianco i Centuri-Port. Z parkingu ścieżka prowadzi do położonego na wysokości 404 m n.p.m. Moulin de Mattei. Widać, jak ku białemu wiatrakowi znajdującemu się na szczycie wzniesienia ciągną pielgrzymki turystów. Zastanawiamy się, czy też podjąć wędrówkę lecz po namyśle rezygnujemy i zjeżdżamy serpentynami w dół do Centuri Port. Ponad położonym w zatoczce portem góruje miasteczko Centuri z dominującą wieżą kościoła i zabudowaniami klasztornymi. Zastanawiam się, czy  nie warto byłoby się tam zatrzymać na chwilę, ale przejeżdżamy zjazd z głównej drogi i na serpentynach nie sposób jest zawrócić. Trudno, jedziemy do Centuri-Port.

Stajemy na położonym tuż przed miasteczkiem parkingu. Położona poniżej kamienista plaża z czystą wodą zachęca do odpoczynku i kąpieli. Może skorzystamy, ale najpierw zrobimy mały spacerek. Idziemy w stronę portu stanowiącego centrum miejscowości. W wąskim basenie kołyszą się na wodzie rybackie łodzie i nieliczne jachty.  Widziane z góry białe zabudowania Centuri-Port okazują się z bliska bardziej kolorowe, choć na niektórych domach farba mocno się łuszczyła. Na portowym nabrzeżu klika restauracji, trochę powyżej, na zboczu nieduży kościółek. Na drugim ze zboczy widać ruiny jakiegoś obronnego zamku. Z tyłu, za portem ruiny strażniczej wieży. Wracamy na parking i wyciągamy z samochodu stroje kąpielowe. Zrobimy sobie mała przerwę w podróży.

Po godzinnym wypoczynku ruszamy w dalszą drogę. Jedziemy skalną półką klifowego, stromo opadającego do morza brzegu. Droga zwęża się, wijąc po zielonych zboczach. Za to widoki, jak z obrazka! Szafirowo-błękitna woda, surowe skały, zieleń i lazurowe, bezchmurne niebo. Urocze, kamieniste zatoczki z krystalicznie czystą wodą. W okolicach Pino, na wysuniętym w morze cypelku kolejna wieża strażnicza. Podziurawione przez wodę i wiatr skały przybierają przedziwne kształty. W dole wąwozu, którego zbocza porastają kaktusy, widać zatokę, jak z bajki. Niestety, jak większość zatoczek w tych okolicach dostępna jest ona wyłącznie od strony wody. W okolicach Ghiottani lejkowata zatoczka stwarza wspaniałe miejsce do nurkowania.

Na pierwszą czarną plażę natrafiamy w Marina du Albu. Choć położona w zatoczce plaża jest niewielka widok niesamowity. Patrząc z góry, w ostrych promieniach słońca, odnosi się wrażenie, że morski brzeg pokryty jest asfaltem. Z ciemnym piaskiem cudownie kontrastują białe, klifowe skały. Dojeżdżamy do niewielkiego miasteczka Nonza, wiszącego na występie skalnym ponad czarną plażą, która w tym miejscu jest bardzo szeroka i rozległa. Na czarnym piasku bieleją ułożone z kamyków imiona, nazwy i symbole. Dziewczynki są zachwycone i koniecznie chcą zejść na plażę. My też jesteśmy plażą zachwyceni ale jakoś nie bawi nas myśl o wchodzeniu z powrotem. Tak na moje oko klif ma wysokość ok. 50-70 m, co stwarza perspektywę wejścia na jakieś 25 piętro wieżowca. W panującym upale nie jest to zachęcające. Zresztą ludzi na plaży niewielu, a ci nieliczni wyglądają z góry, jak mróweczki. Odwracam uwagę dziewczynek od plaży i zagłębiamy się w wąskie uliczki Nonzy, kierując się ku górującej nad miasteczkiem genuańskiej wieży. Ze szczytu wzgórza widok jeszcze ładniejszy. Widać nie tylko strome zbocza klifu i położoną u jego stóp czarną plażę, ale otoczone ogrodami domy Nonzy. Zbudowaną z kamienia łupkowego wieżę  zdobi narodowy symbol Korsyki - głowa Maura na tle zarysów wyspy. Czarna głowa, świadcząca o niezależności tego terytorium, pojawiała się w różnych epokach w różnych miejscach: na  ścianach domów, na publicznych gmachach, a nawet jako rzeźba na ambonach w starych kościołach. Do rangi godła podniósł ją jednak dopiero w 1762 r. Pascuale Paoli.

Dziewczynki zgłodniały, więc schodząc w dół ku parkingowi zaglądamy do nielicznych restauracji. Wszystkie stoliki są pozajmowane i trudno powiedzieć, jak długo przyjdzie czekać na wolne miejsce. W niewielkiej, aczkolwiek uroczej, zbudowanej z kamienia restauracyjce położonej obok kościoła Ste-Julie udaje mi się przekonać kelnerkę, aby przyniosła miseczkę fasolowej zupy i dwie łyżki. Stawiam miseczkę na kamiennym murku, a Zuzia i Celina pałaszują potrawę ze smakiem.

Ruszamy dalej w kierunku St. Florent. Mijamy Marina du Negru z kolejną czarną plażą i stojącą obok niej wieżą strażniczą. Dalej plaże już nie są ciemne. Na zboczach gór pojawiają się coraz liczniejsze winnice i wreszcie wjeżdżamy szeroką dolinę Nebbio, otoczoną skalistymi urwiskami. Wjeżdżamy do St.Florent, które stało się dość popularną miejscowością wypoczynkową, gdzie do portu przybijają jachty z całego świata. Działają tu liczne hotele, otoczone zielenią rezydencje i pensjonaty,  restauracje, lokale rybne, kawiarnie i lodziarnie.  W położonych uliczkach nad  rozległą zatoką uliczkach oraz w samym porcie dominuje  turystyczny zgiełk i chaos. Choć miasteczko założone zostało w XV w. po panującej w XVIII w. malarii wyludniło się i przestało praktycznie istnieć. Na Starówce zachowały się jednak pochodzące z okresu świetności miasta domy, kamienna fontanna oraz wznosząca się na brzegu cytadela, skąd roztacza się ciekawy widok na morze oraz postawione zdawałoby się na wodzie domy. Kilometr od centrum, przy uliczce Poggio d`Oletta stoi zbudowana w 1140 r. Katedra Santa Maria Assunta, zwana też Katedrą du Nebbio. Zbudowana białego wapienia urzeka do dziś doskonałymi proporcjami oraz starannie dopasowanymi szczegółami architektonicznymi.

Wracamy do Bastii przez Patrimonio położone na skraju żyznej doliny Nebbio. Nie na próżno droga ta zwana jest Routes des Wins. Mijamy liczne winnice, domaine i cave z winami, gdzie można zadegustować i kupić produkowane tu trunki. Droga zaczyna się piąć pod górę ku Przełęczy Teghime. Zatrzymujemy się na chwilę w punkcie widokowym Pal di Terviu skąd roztacza się wspaniały widok za zachodnią i na wschodnią część Cap Corse. Z jednej strony widać rozległą dolinę Nebbio i Zatokę St. Florent, z drugiej podziwiać można widok na Bastię oraz Lagunę de Biguglia. Zjazd serpentynami do Bastii dostarcza wielu wrażeń. Dziewczynki mówią, że czują się jak kolejce górskiej i ze śmiechem zataczają się z jednej strony na drugą. Choć miasto widać, jak na dłoni jeszcze sporo czasu mija zanim pokona się wszystkie zakosy. Docieramy w okolice portu i teraz pozostaje już tylko prosta droga do Ghisonacci. Na camping docieramy o 19:45. Przejechane 323 km.

Dzień 8 – piątek.

Dziś obejdzie się bez spaceru po pieczywo ponieważ postanawiamy podjechać samochodem do Super U w Ghisonacci i zrobić większe zakupy. Bratowa zostaje ze śpiącymi dziewczynkami, a my ruszamy do sklepu. Oprócz pieczywa i mleka kupujemy 10 szt. jaj, dwa pleśniowe serki po 1,25 euro, pomidory ( 1,64 euro ), dwie paczki szaszłyków ( po 3,60 euro za paczkę ), danonki, wodę mineralną, 6 puszek piwa Serena ( 4,86 euro ), 24 buteleczki piwa za 6,19 euro oraz wino za  2,44 euro.

Kiedy wracamy dziewczynki już umyte, ubrane i uczesane czekają na śniadanie. Jajka na miękko, żółty ser, konserwowa golonka, dżem i miód, gdyby ktoś jeszcze był nie najedzony.  Zmywanie naczyń i na plażę. Niestety pogoda się coś psuje. Gorąco niby jest, ale powietrze takie mało przejrzyste, a nad górami widać gromadzące się chmury. Morze wita nas sporymi falami.  Po 2 godzinach zrywa się porywisty wiatr. Fale robią się coraz większe i gdy próbujemy wejść do wody dosłownie nami poniewierają. Zuzia z Celiną przerażone uciekają z płycizny.  Na plaży też już nie można wyleżeć, bo wiatr miota piaskiem we wszystkie strony. Przenosimy się na basen. Ludzi dziś jakoś tu mniej. Przypuszczam, że wiele osób opuszcza  dziś camping. 

Po obiedzie, popołudniowa wycieczka do oddalonej o 15 km Alerii, która leży na płaskowyżu położonym nad rzeką Tavigno, w pobliżu Etang de Diane – laguny uchodzącej niegdyś za najlepszy naturalny port wybrzeża.  Miejscowość ta była już zamieszkiwana w czasach epoki neolitu, a w VI w. p.n.e. Grecy założyli tu bazę handlową Alalia. W III w. ośrodek zdobyli Rzymianie i stał się on dla nich bazą wypadową do podboju  całej wyspy. W efekcie Korsyka stała się rzymską prowincją ze stolicą w Alalii, ale wraz z końcem imperium upadła również osada. Dzisiaj jest to niewielka miejscowość nad którą góruje okazały genueński  Fort de Matra. Poniżej w jego cieniu obejrzeć można ruiny rzymskiego miasta. Prace wykopaliskowe pomiędzy wysokimi na metr murami wciąż trwają odsłaniając coraz to nowsze fragmenty stolicy rzymskiej prowincji. Zbiory wykopalisk pochodzących z rzymskiej Alerii oraz dawnej osady greckie oglądać można w Muzeum Jerome-Carcopino, które mieści się w  Forcie de Matra. ( wstęp 2 euro ). Niestety godzina 18:30 jest już zbyt późną na zwiedzanie muzeum, więc podziwiamy tylko mury twierdzy oraz położone poniżej ruiny rzymskiego miasta. Jeszcze krótki spacer po nowym centrum Alerii, którym stała się aktualnie położona na północnym brzegu rzeki Tavignano mała miejscowość Caterragio, gdzie aktualnie koncentruje się całe turystyczne  życie miasta i wracamy do domu, czyli na camping. Na kolację szaszłyki z grilla.

Dzień 9 – sobota.

Przedostatni dzień na Korsyce i ostatnia wycieczka. Planujemy dziś zwiedzić Corte oraz pospacerować po Wąwozie Restonica. O 8:00 śniadanie i kilka minut po 9:00 wszyscy zwarci i gotowi do wyjazdu. Mimo wczesnej pory na dworze panuje okropna duchota, a ponad górami gromadzą się czarne chmury. Czyżby zanosiło się na burzę? Wczoraj też tak wyglądało, a jednak obyło się bez deszczu. Na wszelki wypadek wrzucam jednak do samochodu – oprócz pożądanych do wędrówki wąwozem butów - kurtki przeciwdeszczowe i długie spodnie, na wypadek, gdyby w górach było chłodniej. Na razie jednak cienkie bluzki i szorty aż lepią się do ciała, więc oddychamy z ulgą, gdy włączamy klimatyzację.

Jedziemy początkowo prostą jak drut drogą N198 w kierunku Alerii. W Caterragio skręcamy w lewo na prowadzącą do Corte drogę N200. Droga wije się wzdłuż rzeki Tavignano. Przejeżdżamy przez kilka kamiennych mostów pochodzących najprawdopodobniej z czasów panowania na wyspie  genuańczyków. Po półtoragodzinnej jeździe  docieramy do sekretnej stolicy wyspy, którą było Corte w latach 1755-1769 za czasów  rządów Pasquala Paolego. Wtedy to położone na wysokości 600 m n.p.m. miasto stanowiło  główny ośrodek oporu przeciw genueńczykom, a także dzięki istniejącemu tam uniwersytetowi było centrum intelektualnym Korsyki. Położone na skale Stare Miasto już z daleka wprawia w zachwyt, gdyż przypomina wyglądem orle gniazdo położone na niedostępnym szczycie. Piramidki domów o wysokich fasadach zwieńcza stara Cytadela, a kamienne, strome zbocza otaczających miasto gór dodają widokowi niepowtarzalnego uroku.

Udaje nam się zaparkować na niewielkim placyku, którego środek zdobi pomnik narodowego bohatera – Pascquala Paolego. Aż dziwne, że nie ma on rzymskiej togi i laurowego wieńca na głowie. Bohaterem może był, ale nie był imperatorem. Mnie jednak w zwykłym, właściwym dla epoki ubraniu wydaje się jakiś bardziej bliski i bardziej człowieczy. Schodkową uliczką idziemy do punktu widokowego Belvedere, skąd podziwiać można cudowny widok na wysokie góry i położone niżej doliny. Po drodze mijamy Place Gaffori z  pomnikiem generała Ariighiego. Wchodzimy do znajdującego się przy placu piaskowo-żółtego kościóła L`Annonciation. Barokowe wnętrze ujmuje mnie skromnością. Mimo złotych zdobień są one stonowane, a ozdób nie jest tu zbyt wiele.

Wyłożone brukiem z kamienia polnego wąskie uliczki prowadzą nas na górę do punktu widokowego. Im wyżej, tym domy starsze, zbudowane z łupków i kamienia. W zachwyt wprawia nas przyozdobiony zielenią zaułek Quartier Colanche. Wprost zazdroszczę ludziom, którzy mieszkają w tak uroczym miejscu. Dochodzimy do Belvedere. Rozciągający się stąd widok jest tak piękny, że aż wydaje się nierzeczywisty. W dole rozciąga się prześliczna kotlina otoczona stromymi stokami gór. Pośród niej, jak wyspa, na skalnym występie leży Corte. Powyżej widać cytadelę położoną na niedostępnym, stromym zboczu.  Poniżej widać dachy Starego Miasta, nad którymi góruje wieża kościoła L`Annonciation. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba po prostu zobaczyć!!! Jeszcze spacer wąskimi uliczkami Starego Miasta w kierunku bram twierdzy i wracamy do samochodu podziwiając po drodze wylegujące się na progach domów korsykańskie koty.

Czarne chmury, które do tej pory były ponad górami zbliżyły się teraz do miasta. Niebo rozdzierają błyskawice i po chwili zaczyna lać ulewny deszcz przeradzający się w grad. Zatrzymujemy się na parkingu przed marketem i postanawiamy przeczekać burzę robiąc zakupy. Właściwie niewiele nam potrzeba: pieczywo, wino, koszyczek nektarynek, dwie paczuszki parówek. Gdy wychodzimy ze sklepu na niebie pojawia się tęcza. Niby to zwiastun pogody, ale straszliwie się ochłodziło. Na szczęście mamy ze sobą długie spodnie i kurtki. Sprawdza się więc przysłowie mówiące, że „lepiej nosić, niż się prosić”. Założywszy na siebie cieplejszą odzież wsiadamy do samochodu i jedziemy w kierunku Wąwozu Restonica. Zdołaliśmy jednak ujechać niecały kilometr, gdy znowu rozpętała się nawałnica.  Grzmoty piorunów roznoszą się echem pośród gór. Wydaje się, że burza uderza ze wszystkich stron na Corte. Błyskawice przecinają niebo we wszystkich możliwych kierunkach. Wycieraczki nie nadążają ze zbieraniem zalewającej szyby wody. Stajemy w zatoczce na poboczu drogi i zastanawiamy się nad celowością wyprawy do wąwozu.  Nawet jeśli przestanie padać będzie tam zapewne mokro i ślisko. Czy damy radę przejść szlak z dziewczynkami, które już teraz w samochodzie zaczynają marudzić przerażone burzą? Co będzie, gdy taki potop rozpęta się w wąwozie? Czy będzie gdzie się schronić? Odpowiedzi na te pytania są negatywne i gdy ulewa trochę  odpuszcza decydujemy się na powrót do Ghisonaccii. Przez cała drogę towarzyszy nam mniejszy lub większy deszcz. Na wybrzeżu jednak słońce, chociaż podobnie, jak wczoraj wieje silny wiatr.

Po obiedzie idziemy jeszcze na dwie godziny na basen. Potem pakowanie, kolacja i spać.

Dzień 10 – niedziela.

Pożegnanie z Korsyką. Prom odpływa o 13:30 ale chcemy ostatni raz popatrzeć na wyspę przejeżdżając przez region Castagniccia. Śniadanie o 8:00 i przed 9:00 opuszczamy camping. Niebo zachmurzone, jakby pogoda opuszczała Korsykę wraz z nami.

Jedziemy N198 do Prunete, gdzie skręcamy w lewo na D71. Ten najzamożniejszy przed stu laty region przecinają liczne drogi. Jego nazwa wzięła się od kasztanowców, które porastają wzniesienia i doliny. Genueńczycy nakazali zastąpić nimi miejscowe dęby, ponieważ dzięki nim mogli wyżywić Korsykańczyków, głodujących z powodu wysokich podatków. Niestety kasztanowe drzewa w większości są na wymarciu i mogą straszyć turystów wyschłymi konarami. Dalej droga wiedzie nas górą do Santa Maria Poggio, a następnie w dół do Moriani-Plage. Z Corniche de la Castagniccia podziwiać można fantastyczny widok na rozciągającą się w dole równinę i morze, ale niestety nie jest nam to dane, gdyż wszystko zaciągnięte jest mgiełką i widoczność nie jest dobra.

W Bastii jesteśmy kilka minut po 11:00. Tu na szczęście nie ma problemu z dojazdem do terminalu, bo tablice świetlne wskazują dokładny kierunek na prom Corsica & Sardinia Ferries. Ustawiamy się w kolejce do wjazdu na prom, a ponieważ jest jeszcze sporo czasu zamykamy samochód i idziemy pospacerować po Placu St-Nicolas, który dziś zapełniony jest przez pchli targ. Łazimy przez ponad pół godziny pomiędzy rozłożonymi na ziemi straganami oferującymi najróżniejsze starocie: książki, zabawki, monety, porcelanę ale także i współczesny asortyment: zegarki,  telefony komórkowe, wyroby skórzane, sprzęt AGD.

Kilka minut po 12:00 rozpoczyna się załadunek. Samochodów jest stanowczo więcej niż w Livorno, a prom znacznie mniejszy od Mega Smeraldy, którą płynęliśmy na Korsykę. Nie ma tu jednak pokładów w kabinami, a samochody ustawiane są na kilku piętrowych rampach. Na szczęście nasz zaokętowany zostaje na najniższym poziomie, więc nie będziemy długo czekali na wyjazd. Mimo, że na pokład wjeżdżamy niemal na końcu udaje nam się jeszcze znaleźć wolne leżaki na decku. Można więc jeszcze będzie wykorzystać podróż na opalanie. Radość ze słonecznej kąpieli mąci jednak nadciągająca czarna chmura. Mamy jednak nadzieję, że po odbiciu od nabrzeża prom wydostanie się spod jej zasięgu.

Nadzieje jednak okazały się płonne i czarna chmura, jak na złość ciągnie się nad nami. Uwzięła się chyba, żeby podążać w tym samym kierunku, co statek. Po pół godzinnym rejsie zmuszeni zostajemy przez deszcz do opuszczenia decku i schronienia się pod pokładem. Na morzu rozpętuje się burza i promem zaczyna całkiem nieźle kołysać. Cumujemy w jednym z barów i patrzymy, jak bulaj zalewają fale wody. Dziewczynką pod wpływem kołysania zamykają się oczy i zasypiają. Zresztą nie tylko one, wszędzie widać leżących na siedzeniach, bądź opartych o stoliki śpiących osobników.

W strugach deszczu mijamy Isola de Capraia. Kilka minut później bratowa wychodzi na pokład i stwierdza, że przestało padać. Spoza chmur zaczyna prześwitywać słoneczko, które wraz z wiatrem szybko osusza leżaki. Opalać się co prawda nie można, ale tak przyjemniej jest posiedzieć na pokładzie niż pod nim. Zgodnie z rozkładem jazdy dopływamy o 17:30 do Livorno. Prom opuszczamy jako jedni z pierwszych. Teraz jeszcze ponad godzina jazdy i przed 20:00 lądujemy na campingu Parc Albatros w San Vincenzo. Koniec korsykańskiej przygody.

(4 głosy , średnia 4.5)
Zagłosuj:
Dodaj komentarz Poleć znajomemu
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Bastia - drugie co do wielkości miasto Korsyki zachowało w swojej starej części pierwotny charakter wyspiarskiego miasta. Podzielone jest ono na Terra Vecchia, teren dawnej wioski rybackiej Cardo i Terra Nova

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Fortyfikacje Porto Vecchio powstały w 1539 r. Ponad portem, w głębokiej zatoce góruje Starówka z okazałym Placem de la Republiqe, na którym wokół wielkiego drzewa zgromadziły się liczne kawiarnie. Z...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Port Bonifacio osłaniają przed wiatrami i siłami natury 60 metrowe skalne ściany. Za nabrzeżem wznoszą się mury twierdzy oddzielające Stare miasto od strony lądu. Starówka jest wysunięta tak blisko brzegu  wymytych klifów, że niekiedy...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

W Ajaccio, największej na Korsyce miejscowości ma swoją siedzibę Assemblee Regionale de Corse – Korsykański Parlament.  Nad miastem góruje Cytadela, w której do dziś stacjonuje wojsko. Miasto słynie przede...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Corte, sekretna stolica Korsyki, leży na wysokości 600 m n.p.m. na skraju rozległej kotliny o stromych zboczach, nad którą górują wysokie skały. Stolicą wyspy miasto było tylko podczas rządów Pasqualego Paolego w latach 1755-1769, kiedy...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Erbalunga  jest niewielkim, dobrze zachowanym korsykańskim miasteczku.  Brukowane, pełne uroczych zaułków, wąskie uliczki z kamiennymi domami wiodą do rybackiego portu, przy którym stoją pozostałości strażniczej wieży. Widok na...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Nonza jest najpiękniejszą z wielu małych miejscowości Przylądka Cap Corse. Usytuowana jest na występie skalnym nad czarną plażą, która zawdzięcza swój kolor łupkowi naniesionemu z czynnej kiedyś kopalni w okolicach Canari. Domy przylegają tu do stromego zbocza...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Miasteczko St-Floren zostało założone w XV w.  i z tego okresu pochodzi górująca nad nim Cytadela. Kilometr od centrum, przy uliczce Poggio d`Oletta stoi Katedra Santa Maria Assunta. Zbudowana w 1140 r. urzeka...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Na płaskowyżu położonym nad rzeką Tavigno, w pobliżu Etang de Diane – laguny, która uchodziła niegdyś za najlepszy naturalny port wybrzeża leży Aleria. Miejscowość była już zamieszkiwana w czasach epoki neolitu, a w VI w. p.n.e. Grecy...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Camping

Jadąc wzdłuż Route Mer na południe, po pokonaniu 5 km z Ghisonaccii, dociera się do plaży Pinea otoczonej skałami i pokrytej niezwykle drobnym piaskiem. Tu właśnie położony jest camping Marina d`Erba Rossa. Olśniewająco złocista...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Szczyt górski

Leżąca na wysokości 1218 m Col de Bavella jest najpiękniejszą przełęczą na Korsyce i cieszy się ogromną popular-nością wśród turystów. Już w odległości kilku metrów od parkingu zaczyna się zachwycający świat górski.  W...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Przed mostem na rzece Solenzara droga D268 prowadzi w górzyste okolice Korsyki. Najpierw zbocza porasta makia, ale z czasem drzewa stają się coraz wyższe. Po ok. 8-10 km dociera się do rzeki z trzema kąpieliskami, gdzie można zrobić krótką przerw...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Za Przełęczą Bavella leży  mała, ładna  miejscowości górska Zonza z kilkoma restauracjami i kawiarniami. Dzięki pięknemu położeniu w miejscu, gdzie stykają się trzy trasy prowadzące przez Alta Rocca miasteczko stało si...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Droga D368 prowadząca z Zonzy do Porto Veccio prowadzi znowu przez wspaniałe lasy.  W okolicach małej wioski L`Ospendale dominuje zapora wodna, w pobliżu której znajduje się szlak prowadzący do wodospadu Piscia ( w obie strony...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Należące do Parku Narodowego tereny położone pomiędzy Ghisanoccia a Monte Renoso słyną zarówno z niedostępności jak i z pięknych widoków. W 1815 r. został tu opracowany plan bezpiecznego schronienia dla Napoleona po jego ucieczce z Elby. Droga D 344...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Sercem Korsyki jest pasmo z 70 górami o wysokości ponad 2000 m n.p.m.  Na południowym zachodzie króluje ukształtowany przez lodowiec masyw granitowy ze stromymi skałami i głębokimi wąwozami.

W wiosce La Foce rozpoczyna si...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Prowadząca z Ajaccio wzdłuż północnego wybrzeża zatoki  droga Poute des Sanguinaires mija zamożną dzielnicę mieszkaniową, hotele i piękne plaże z drobnym, złocistym piaskiem, prowadząc do malowniczego przylądka La Prata. Roztacza si...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Leżące na Cap Corse małe miasteczko Macinaggio, znane jest jachtowego portu  skąd roztacza się piękny widok na Wyspy Finocchiarola.

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Z Przełęczy de la Serra roztacza się wspaniały widok na Capo Bianco i Centuri-Port. Z parkingu ścieżka prowadzi do położonego na wysokości 404 m n.p.m. Moulin de Mattei.

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Malownicze miasteczko rybackie Centuri Port charakteryzują kolorowo pomalowane domostwa oraz port w uroczej zatoczce.

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Położona na Cap Corse Marina du Albu jest niewielką miejscowością turystyczną słynącą z czarnych plaż.

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce

Z Przełęczy Teghime, zatrzymujemy się w punkcie widokowym Pal di Terviu skąd roztacza się  wspaniały widok za zachodnią i na wschodnią część Cap Corse. Z jednej strony widać rozległą dolinę Nebbio i Zatokę St. Florent, z drugiej...

więcej
Państwo:Francja
Kontynent:Europa
Kategoria:Miejsce do nurkowania

W okolicach Porto Vecio od Pinarellu do Punta di Rondinara rozciągają się drobnopiaszczyste plaże wzdłuż których rosną gaje piniowe. W głębokich zatokach i na wydmowych plażach panują doskonałe warunki do kąpieli i nurkowania. W krystalicznie czystej...

więcej