Wskazówka
Forum jest dostępne dla każdego. Nie musisz się logować żeby dyskutować.
Zapraszamy
Logowanie
Login:
Hasło:
Załóż konto
Zapomniałeś hasła?
MIEJSCE - "Moja Albania"
Ilość odsłon: 209
Dodany przez Administrator 2012-05-30 22:44:28
(0 komentarzy)
Państwo:Albania
Kontynent:Europa
Kategoria:Atrakcja turystyczna

Moja Albania

Autor: Maria Schubring-Szafraniec

 

Wyjazd do Albanii był trochę przypadkowy. Szukając prezentu urodzinowego starałam się znaleźć coś ciekawego, innego. Wyjazd off-roadowy wydawał się fajnym pomysłem. Zaczęłam szperać po sieci za firmami, które takie eskapady organizują. Po jednym dniu już wiedziałam, że na weekendzie się nie skończy. Teraz pytanie brzmiało ‘Gdzie?’. Pierwotnie pomyślałam o Rumunii. Ukraina jakoś mnie nie zainteresowała, choć sporo jest tam organizowanych tego typu wyjazdów. Ja jednak postawiłam na Rumunię. Tak trafiłam na stronę Motywacji. Napisałam do Igora Rumińskiego z pytaniem czy będą organizować taki wyjazd w tym roku. Pech chciał, że nie. Ale zaproponował coś innego – wyprawę rekonensansową do Albanii. ‘Albania? A właściwie gdzie to jest?’ – to były moje pierwsze myśli. Sprawdziłam, poczytałam, zachłysnęłam się tym pomysłem i już wiedziałam, że pół roku oczekiwania na wyjazd będzie długo trwało. I tak od decyzji do dnia wyjazdu myśli wciąż krążyły wokół Albanii. Aż w końcu nastał ten dzień...

27.04.2012 (piątek)

Wyruszyliśmy z Warszawy w okolicach 5 rano, żeby przebić się jeszcze przed porannymi korkami i dotrzeć do Częstochowy na ustaloną godzinę. Trasa minęła całkiem sprawnie i na miejscu zbiórki byliśmy chwilę po 9 rano.

Pod biurem motywacji czakało już nasze auto – Land Rover Discovery – wraz z jego właścicielami – Justyną i Adamem. To właśnie z nimi mieliśmy spędzić w tym czterokołówcu  najbliższy tydzień.

Po krótkim przywitaniu zabraliśmy się za pakowanie. W pierwszej chwili lekki szok, bo ilość rzeczy w naszym i ich bagażniku robiła wrażenie, ale sukcesywnie i z pełnym zapałem udało się wszystko zapakować. Grubo przed 10-tą byliśmy gotowi do drogi.

 

Minuty mijały, a tu wciąż nikogo nie widać na horyzoncie. Po telefonie Igora nastąpiło dość mocne rozluźnienie – nie wyjedziemy przed południem. Na badaniu technicznym wyrwało półoś i auto Igora musiało  przejść szybką naprawę. W sumie lepiej, że tutaj na miejscu w Częstochowie niż w trasie.

W między czasie pojawiło się drugie auto z ekipy - Toyota Land Cruiser z Krzyśkiem i córką Weroniką na pokładzie oraz Ola, Marcin i Arek.

Po 13-stej na końcu Olsztyńskiej pojawił się Land Rover Discovery – Ewa, Igor i Legia. Pierwsza wiadomość dobra – wszystko naprawione, jedziemy! Druga wiadomość zła - to już koniec naszej ekipy, czwarte auto nie dojedzie. Krzysiek musiał przygarnąć dwie osoby, które straciły swój transport w niewyjaśnionych okolicznościach.

 

Tak więc nasza ekipa to:

- Ewa i Igor (główny organizator)

- Justyna i Adam

- Weronika i Krzysiek ‘Husky’

- Marcin ‘Panty’

- Arek ‘Jogi’

- Ola

- Paweł ‘Legia’

- Ja (Maja) i Oskar

Po 15-stej, po spakowaniu wszystkich i wszystkiego ruszyliśmy na podbój Albanii. Przed nami około 1500 km do pierwszego postoju przez Polskę, Czechy, Słowację, Węgry, Serbię aż do Czarnogóry.

28.04.2012 (sobota)

W trasie od 13 godzin. Węgry, blisko do granicy z Serbią. Dobra rada przed każdym wyjazdem - sprawdź jakie masz waluty w domu i przez jakie państwa bedziesz jechać, może niektóre się przydadzą na kawę o 2 w nocy na stacji. My mieliśmy szanse pozbycia sie węgierskich forintów, niestety zostały w domu. Dobrze, że w knajpach i na stacjach benzynowych przy większości głównych tras tranzytowych można płacić w euro. Tylko na przelicznikach praktycznie zawsze się traci, ale coś za coś.

 

Godzina 5 rano. Granica węgiersko-serbska przekroczona. Krótka drzemka o wschodzie słońca.

Po lekkim odpoczynku, ile sił w oczach, nogach, rękach i głowach jechaliśmy dalej  - celem było Plav w Czarnogórze.

 

Belgrad. Temperatura powietrza 20 stopni. Zapowiadał się piękny dzień. Miasto przypominało trochę miasta na Słowacji i Węgrzech. Z jednej strony wielka bieda, z drugiej fajne domy i wille. Wszystko pomieszane z budynkami przemysłowymi. Choas urbanizacyjny olbrzymi, przynajmniej z okien auta. Najbardziej zszokowała nas dzielnica ‘willowa’ domów z niczego, zbudowanych z kartonów, znalezionych fragmentow metalowych płacht czy desek - metraż 10-20m2. Czasem były to pojedyncze budynki, czasem po kilkanaście takich domów na działce wielkości może 1000m2.

 

Wyjeżdzając z Belgradu postanowiliśmy znaleźć miejsce na śniadanie. Wybraliśmy restauracje przydrożną Babnyaj (jakieś 320km przed Czarnogórą). Całe menu cyrylicą. Dogadać się z obsługą też było ciężko.

Rachunek przyzwoity : dwa omlety z kawami za 410 dinarów, co dało niecałe 4 euro. Z płaceniem jednak nie było łatwo. Nie mając dinarów chcieliśmy zapłacić kartą. Jak się okazało jedynie właścicielka może przyjąć płatność kartą, a jeszcze nie dotarła na miejsce. Druga waluta – euro. Reszta niestety wydawana w dinarach.

 

Przed 16-stą dotarliśmy na granicę serbsko-czarnogórską. Sprawna odprawa po stronie serbskiej, a później oczekiwanie przez 1,5 godziny na otwarcie tunelu. Zamykany jest dwukrotnie w ciągu dnia, za każdym razem na 3 godziny oraz praktycznie na całą noc. Warto o tym wiedzieć planując wyjazd w najbliższym czasie.

Plav, miejsce naszego postoju, zdobyliśmy w okolicach 19.30 [42o35’16”N; 19o55’42”E, 898 mnpm] . Nie mogąc znaleźć kempingu zatrzymaliśmy się przy posterunku Policji i próbowaliśmy się dowiedzieć jak na niego trafić. Carabinierii w końcu postanowił pokazać nam gdzie jechać i tak dotarliśmy do Mali Hotel. Jak się okazało nie mieli cennika na usługi kempingowe. Udało się wynegocjować po 5 euro za osobę z możliwością skorzystania z łazienek w hotelu. Nawet WiFi było, więc pierwsza noc dość bliska cywilizacji.

 

29.04.2012 (niedziela)

O poranku mieliśmy szansę przyjrzeć się bliżej okolicy. Genialny widok na wielkie Jezioro Plavskie, otulone praktycznie z każdej ze strony górami. Ja mogłabym tam zostać na dłużej.

 

Zaledwie kilka kilometrów (a może kilkaset metrów) od kempigu wjechaliśmy na szutrówkę. Droga w remoncie, wąska, cała zakurzona, a obok nas przemykały spokojnie zwykłe osobówki. Nie wjechałabym w coś takiego moim autem, ale widać u nich to norma.

Jazda tą drogą nie trawała zbyt długo. Dość szybko dojechaliśmy do granicy czarnogórsko-albańskiej [42o35’01”N; 19o46’30”E, 962 mnpm].

Po odprawie u czarnogórskich pograniczników do Albanii dzieliła nas jeszcze tylko jedna odprawa. W końcu Albania!

Przy budynkach granicznych Albanii wjechaliśmy na piękny nowy asfalt. Lekka konsternacja, bo miało być off-roadowo! Jak się okazało to tylko pokazówka. Zaraz za granicą zaczął się znów szuter, a później coś na styl asfaltu, ale tylko chwilę.

Pierwszy smak off-roadowej przygody poczuliśmy w Czarnogórze, ale prawdziwa jazda zaczęła się w Albani, w Górach Północnoalbańskich (nazywanych też Alpami Albanii czy Górami Przeklętymi). Droga Vermosh-Bajze  wąska i kamienna, ale widoki... dla nich warto przejechać tyle kilometrów i dać się wytrząść na wszystkich wybojach w bujających się Disco!

Oczywiście każdy widok musiał być odpowiednio uwieczniony, więc postojów na fotki mieliśmy dość sporo. Co zakręt naszym oczom ukazywał się nowy krajobraz, nowe pomniki przyrody i niezwykłe piękno albański gór. Początkowo czuliśmy lekkie osamotnienie – żadnych budynków, żadnych ludzi, żadnych samochodów. Jednak zjeżdżając coraz niżej z gór zaczęły pojawiać się pierwsze oznaki życia.

Widoki widokami, ale to co najważniejsze w Albanii to... bunkry! Zgodnie z informacjami podawanymi w przewodnikach, Enver Hodża w trakcie swoich trwających niespełna pół wieku rządów wybudował ich setki. Dziś ich liczbę szacuję się na 600-800 tysięcy. Co przy powierzchni całej Albani wynoszącej niecałe 29 tys km2 stanowi dość pokaźną liczbę. Szczególnie dużo bunkrów pojawia się w okolicach granic. Za czasów Hodży praktycznie każda osoba próbująca zbliżyć się do granicy Albanii była ostrzeliwana. Rozmieszczenie bunkrów początkowo wydaje się bez jakiegoś większego planu, no bo po co stawiać 3 bunkry obok siebie na czyjeś działce?! Jednak przyglądając się uważnie stronom, w które są skierowane widać, jak każdy fragment drogi był pilnie obserwowany z ich wnętrzna.

 

Temperatura powietrza w okolicach 25 stopni. Po pierwszych trudach off-roadowego szlaku zatrzymaliśmy się w miasteczku Tamare [42o27’46”N; 19o33’40”E, 282 mnpm]. Spokojnej mieściny u podnóża gór, gdzie czas płynął jakby trochę wolniej, a panowie rozleniwieni mocno grzejącym słońcem, bez pośpiechu popijali kawę przy kolejnych wypalanych papierosach.

Plac, na którym się zatrzymaliśmy, stanowił zapewne główne miejsce życia Tamary. Knajpki, sklepy, warsztat i oczywiście Mercedesy.

Nasz przyjazd wzbudził powszechne zainteresowanie. Dodatkowo fakt, że wśród naszej ekipy było 5 kobiet również nie pozostał niezauważony. W Albanii kobieta traktowana jest raczej jako siła pracująca, rodząca dzieci. Wydając na świat pokaźną gromadkę potomstwa, z czego przeważająca ilość to chłopcy, ma szansę na zdobycie w późniejszym wieku szacunku. Rodząc dziewczynki nie poprawia swojej pozycji społecznej. Znajdując się na tym rynku czułam ciągłą obserwację. W knajpach siedzieli sami mężczyźni, a jedyną kobietą jaką spotkaliśmy była barmanka w kafejce. Osobliwe przeżycie.

 

Po postoju ruszyliśmy znów w drogę. Widoki zapierały dech w piersiach. Cisza i spokój.

 

Przed miastem Bajze zaczął pojawiać się asfalt. 200m asfaltu, 400m szutru i znów asfalt. Tumany kurzu wznoszące się spod kół bardzo ograniczały widoczność, ale dzielnie jechaliśmy dalej.

W Bajze byliśmy w okolicach 15-stej. Tutaj funkcję bankomatu pełnił człowiek – wymieniał wszystko, jednak to nie to czego szukaliśmy.

Kolejne miasto - Koplik. Tutaj bankomaty wyglądały jak u nas, więc wszyscy wypłacili pierwszą partię gotówki i ruszyliśmy na zakupy. Owoce, warzywa, oliwki, piwo, wino, napoje. Wzięliśmy wszystko co wydawało się potrzebne. Na miejsce zbiórki Igor wrócił z dodatkową osobą - księdzem służącym w jednej z tutejszych parafii. Polakiem! Nocleg w albańskiej parafii wydawał się totalnym surrealizmem, a jednak.

 

Widok z ogrodzenia parafii był zniewalający.

Parafia znajdowała się w pewnej odległości od centrum miasta [42o13’25”N; 19o23’43”E, 33 mnpm] . Mały prosty kościół z plebanią z tyłu. Sporo miejsca na rozbicie namiotów, jednak połowa z nas zdecydowała się na nocleg w środku, wykorzytując tym samym ostatnie (jak się później okazało) możliwości kontaktu z cywilizacją. Tuż obok parafii znajdowały się dwa wielkie bunkry. Z tego co brat Andrzej mówił, w chwili obecnej w Albanii powoli rozpoczyna się akcja wyburzania bunkrów – nie dlatego, że są brzydkie i przypominają czasy Hodży, ale dlatego że są intratnym źródłem dochodu, dzięki sprzedaży metalu, którym bunkry były wzmacniane. Wyburzenie dużego bunkra trwa około 2 dni. Kwota jaką można uzyskać ze sprzedaży metalu to niecałe 1000 euro.

Bazując na informacja zamieszczonych w Internecie, pierwszy prototyp bunkra powstał w 1950r. Główny inżynier został zapytany przez Hodże, jak bardzo jest pewien, że ten bunkier wytrzyma atak czołgu. W konsekwencji udzielonej odpowiedzi „Bardzo.”, został on wsadzony do bunkra i ostrzelany. Przeżył, a produkcja bunkrów ruszyła pełną parą. Dziś jeżdżąc po Albanii można znaleźć wiele bunkrów w idealnym stanie, ale również wiele mocno zniszczonych, z wystającym prętami z metalu. Ciekawe ile z nich pozostanie jako pomniki pamięci czasów izolacji Envera Hodży, a ile zostanie wyburzonych z chęci zdobycia dodatkowych pieniędzy.

30.04.2012 (poniedziałek)

Po wieczorze zapijanym rakiją poranek nie należał do najłatwiejszych, jednak czas w drogę. Po pożegnaniu i pamiątkowym zdjęciu z bratem Andrzejem ruszyliśmy do parku Theth.

Na pierwszy rzut wybraliśmy trasę, która jeszcze dwa tygodnie temu była zamknięta. Mniej więcej 10km przed docelowym punktem podróży potwierdzono nam, że droga wciąż jest nieprzejezdna. Jest maj, a tam, na wysokości ponad 1100 mnpm wciąż znajduje się śnieg [42o23’51”N; 19o40’58”E, 1111 mnpm].

Do alternatywnej drogi mieliśmy kawałek do przejechać, ponownie przez Koplik, a dalej Shkodrę. Shkodra to miasto posiadające około 75tys mieszkańców (dane z 2011 r.). Część dróg jest odnowionych, część to stary asfalt z licznymi dziurami, część to utwardzone drogi bez grama asfaltu. Poruszanie się po takim skupisku ludzi, samochodów, motocyklistów i rowerzystów jest nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza jeśli wybiera się na przejazd najbardziej uczęszczany Plac Demokracji. Jeszcze kilka lat temu na jego środku stał pomnik Pięciu Bohaterów Vigru – partyzantów komunistycznych – jednak obecne władze chcąc zerwać z pozostałościami komunistycznych czasów zastąpiły pomnik fontanną o ciekawej, nowoczesnej formie. A co do samej jazdy po mieście, podobnie jak w krajach arabskich obowiązuje najważniejsza zasada -  pewność siebie. Powolutku, sukcesywnie trzeba jechać do przodu nie zwracając zbyt dużej uwagi na innych. No może na matki z wózkami wchodzące na środek ronda pełnego różnych zmotoryzowanych.

W końcu wydostaliśmy się z miasta i ruszyliśmy drugą drogą to Theth. Niezwykle malownicza, bardzo górzyska i trudna technicznie. Niesamowita przestrzeń i widoczność na wiele kilometrów. Żadne zdjęcie nie odda uroku tamtego miejsca. Co zakręt mieliśmy nadzieję, że to już zaraz, że Theth jest już blisko. Jednak nie było.

To, co szczególnie zapadło w pamięci to hipnotyzujący kolor strumieni.

Co do samej trasy kilka ciekawostek. Na drodze na szerokość jednego auta w porywach do półtora, można się wyminąć z busem jadącym z naprzeciwka. Co więcej, można być też wyprzedzonym przez taki bus. Mijanki nie są najprzyjemniejszymi momentami, zwłaszcza jeśli twoje auto jest od strony przepaści. Całe szczęście, w większości przypadków Albańczycy wybierali tą stronę drogę, umożliwiając nam przytulenie się do skalnych ścian po drugiej stronie.

W wielu miejscach można natknąć się na grobowce umiejscowione na skraju drogi nad samą przepaścią. Są na nich umieszczone zdjęciach osób, które najprawdopodobniej zginęły w wypadkach samochodowych. Ilość takich tablic czasem przerażała. Brawura i brak jakichkolwiek barierek ochrony zebrały pokaźne żniwo na tych górskich szlakach. Rozpoczynając od pojedynczych ofiar, kończąc na kilkuosobowych miejscach pamięci.

Co ciekawe, wzdłuż całej drogi poprowadzone są linie wysokiego napięcia, co niejednokrotnie dawało nam przeświadczenie, że wciąż dobrze jedziemy, że tam gdzieś na górze musi być życie.

Są również BTSy. Niestety polskie komórki tracą zasięg w górach. W Albanii jednak bez problemu można kupić kartę SIM prepaidową, co jest pewną alternatywą. Koszt zakupu to 200leków, co jest równe niecałym 2euro. Do tego doładowanie 1000leków i za jakieś 9euro można dowoli korzystać z Internetu, a do tego mieć środek komunikacji, jakby coś się działo.

Podróżując po górskich drogach, przy których sporadycznie pojawiały się w większości opuszczone domostwa, dość często spotykaliśmy ludzi, którzy podążali w dół lub w górę szlaku. Zastanawiało nas gdzie oni właściwie idą, gdyż ani godzinę wczęśniej, ani (jak się później okazywało) godzinę później nie było żadnych domów. Skąd i gdzie podążali – ciężko stwierdzić. Z tego co udało nam się ustalić, większość zamieszkałych domów znajduje się na uboczu drogi, są dobrze schowane i trudno do nich dotrzeć. Pozostali mieszkańcy opuścili te tereny.

Kolejną, dość niechlubną cechą albańskich terenów są duże ilości śmieci. Można je znaleźć praktycznie wszędzie, co burzy piękno tego spokojnego zakątka świata. Jednak z drugiej strony uświadczenie kosza na śmieci w tamtym rejonie jest praktycznie niemożliwe. Zdarzało się nam wozić przez wiele kilometrów worki ze śmieciami na dachu, zanim znaleźliśmy miejsce, gdzie mogliśmy się ich pozbyć.

No i oczywiście pozostałości dawnego życia, czyli szereg opuszczonych i zniszczonych już budynków. Na dwa z nich natknęliśmy się jadąc do Theth. Husky, jadący przed nami nagle powiedział w radiu, że jest restauracja, zatrzymujemy się. Restauracja była, nawet jedzenie było z czego przyrządzić, tylko obsługi brak. Chyba już od jakiegoś czasu była nieczynna [42o14’19”N; 19o44’38”E, 1093 mnpm].

W okolicach 18-stej postanowiliśmy rozbić obóz. Nie do końca było wiadome jak długa trasa jest przed nami, a po takiej drodze jazda po ciemku nie byłaby najlepszą decyzją [42o17’13”N; 19o47’51”E, 320 mnpm].

01.05.2012 (wtorek)

Wtorek był dniem ambitnych celów – po pierwsze park Theth, po drugie Koman i przygotowanie na płynięcie promem.

Zaczęliśmy od Theth. A właściwie od zakupów. Miasto widmo, gdzie był jakiś bar, z którego chłopaki wyszli z dwoma tamtyjszymi. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymali się przy totalnej ruderze. Otworzyli drzwi i zaprosili do środka. Piwo, napoje, papierosy – wszystko co potrzebne można było kupić.

Jeszcze kilka kilometrów do parku. Jechaliśmy z prędkością 10km/h, bo szybciej nie było jak. Tuż przed wjazdem na teren praku narodowego Theth spotkaliśmy trzy piesze tursytki. Również Polki.

Tablica wjazdowa do parku, jak większość tablic drogowych i informacyjnych w Albanii, ostrzelana.

Sam park piękny. Dużo bardzo jasnych skał, w połączeniu z zielenią budzących się po zimie drzew, kolorem strumienia i błękitem nieba, który towarzyszył nam od wjazdu do Albanii, widok po prostu nie do opisania. Trzeba tam być, zobaczyć, poczuć. Zdjęcia i filmy nie oddają niestety tego uroku.

To, na co szczególnie zwróciłam uwagę to wielkość kamieni, a raczej głazów, które znajdowały się w korycie strumienia lub tuż przy drodze. Były olbrzymie.

W końcu udało się nam dotrzeć do miasteczka Thethi.

Niewiele czasu było potrzebne, żeby wokół nas pojawili się pierwsi tubylcy. Zostaliśmy zagadani przez kilkuletniego chłopaka - Francesco. Jego umiejętności językowe i żyłka marketingowa dały nam szansę na spróbowanie regionalnych smakołyków. Tym razem fakt, że było nas dwanaścioro spowodował, że musieliśmy poczekać, ale było warto.

W czasie oczekiwania pogadaliśmy z Francesco o życiu w Thethi i jak udało mu się opanować tak dobrze język angielski. Jego głównym źródłem wiedzy byli turyści oraz telewizja. Co ciekawe, szkoła działa jedynie wtedy, gdy dociera do nich nauczyciel. W miesiącach zimowych jest to praktycznie niemożliwe. A jednak jego płynność językowa wręcz powalała. Naprawdę byliśmy wszyscy pod wielkim wrażeniem. Dodatkowo przystroiliśmy ich drzwi o naklejki Bezdroży i Husky Cruising. Jak widać na zdjęciu, jest to dość powszechna praktyka. Także warto się zaopatrzyć w naklejki przed tego typu wyjazdami [42o23’47”N; 19o46’25”E, 742 mnpm].

W końcu wyczekane śniadanie. Każda osoba, która wchodziła reagowała w jeden właściwy sposób: „Wow!”. Miało być zwykłe śniadanie, a wyszedł całkiem wystawny jak na tamto miejsce posiłek. Zaserwowano nam zupę – dość mocno przypominającą naszą jarzynową. Do tego kawałki pieczonego mięsa, ser kozi, maslo, chleb i kapusta kiszona. No i miód. Wszystko domowej roboty. Ser z miodem po prostu rewelacja. Ser kozi oczywiście zalatywał niemiłosiernie, w smaku słony i wyrazisty, dlatego miód tworzył z nim świetne połączenie. Na popicie herbata miętowa na ochłodzenie. Cena za osobę to 5 euro.

Po śniadaniu nasz młody przewodnik zaproponował nam wycieczkę nad wodospad. Ale najpierw kościół i wieża odosobnienia (kulla e ngujimit).

Kościół w Theth został wzniesiono pod koniec XIX wieku, zaś w czasach komunizmu wykorzystywany był jako magazyn. Dzięki składkom emigrantów udało się go odnowić na poczatku XXI wieku [42o23’22”N; 19o46’54”E, 745 mnpm] .

Wieża odosobnienia to kamienna budowla wyposażona w małe otwory w górnych jej partiach. Czas jej budowy szacuje się również na XIX wiek. Wykorzystywana była jako miejsce schronienia dla tych, którzy chcieli uniknąć wendety. Mogli tam czekać latami. Zaledwie od 50 lat wieża nie jest wykorzystywana i służy już tylko jako obiekt muzealny.

Ścieżka do wodospadu jest dość zręcznie ukryta. Rozpoczyna się tuż przy drodze prowadzącej do Thethi, jednak nie wiedząc gdzie jest dokładnie ciężko ją znaleźć. My za przywilej zobaczenia gdzie dokładnie się znajuje zapłaciliśmy jako grupa 12 euro. Droga kamienista, trochę trzeba się powspinać. Najciekawsze jest przejście nad samym strumieniem płynącym z Theth. Widok zapierał dech w piersiach [42o22’30”N; 19o47’21”E, 644 mnpm].

Po powrocie z wodospadu i pożegnaniu z Francesco ruszyliśmy dalej w stronę Komanu. Stamtąd następnego dnia mieliśmy wyruszyć promem do Fierze. Była godzina 15-sta a przed nami niezły kawałek do przejechania. Najważniejszym było przejechanie drogi szutrowej przed zmierzchem. W okolicach 18-stej ponownie zawitaliśmy w Shkodrze, gdzie zrobiliśmy małe zakupy i zjedliśmy albańskiego hot-doga. Albański hot-dog to bułka i mięso mielone zrolowane w kształt parówki. Całkiem nieźle doprawione. Bez ketchupu. Bez musztardy. Bez innych dodatków. Sama bułka i mięso. Ale dobre. Koszt to 50leków.

 

Do Komanu dotarliśmy dopiero po 20-stej [42o05’56”N; 19o49’01”E, 87 mnpm]. Było już ciemno i dość zimno. W maju noce są jednak dość chłodne, także ciepłe ubranie i porządne śpiwory to naprawdę niezbędniki.

I znów nieplanowana zmiana programu eskpedycji  – prom samochodowy pływa po Jeziorze Komani, ale pierwszy rejs będzie być może za miesiąc. Początek maja to czas jedynie dla promu pasażerskiego. Zostaje wyznaczonych 3 kierowców, którzy przewiozą auta z Komanu do Fierze. Pozostała część grupy następnego dnia miała wsiąść na prom pasażerski i przepłynąć tą samą trasę Jeziorem Komani.

 

02.05.2012 (środa)

Pod prom dotarliśmy kilka minut przed jego wypłynięciem. Przez tutejszych mieszkańców prom traktowany jest jako autobus międzymiastowy, nawet trochę tak wygląda.

Droga promem też dość niezwykła. Po pierwsze do promu została doczepiona łódka z owcami na pokładzie.

Po drugie prom zatrzymywał się w różnych niespodziewanych miejscach, zupełnie jak na przystankach, tylko oznakowań brak. Jedni wysiadali, inni wsiadali, a jeszcze innym dostarczano jedynie przesyłki.

Widoki może nie zapierające dech w piersiach – po górskich szlakach z tej perspektywy Albania nie wyglądała aż tak pięknie. Oczywiście pełno śmieci w wodzie, ale do tego powoli się już przyzwyczajaliśmy. Podróż łącznie trwała 3 godziny.

W końcu dotarliśmy do Fierze i zobaczyliśmy nasz niedoszły prom samochodowy.

Naszych kierowców niestety nie było. Mieli dotrzeć za 30 minut. Łącznie czekaliśmy prawie 2 godziny. Żadnej knajpy, żadnego sklepu. Nuda.

 

W okolicach 14-stej dotarła nasza ekpia, zmęczona jazdą, ale mieliśmy jeszcze trochę kilometrów do zrobienia. Obóz mieliśmy rozbić dopiero w parku Valbone. Droga w połowie asfaltowa, w połowie szutrowa, ale ogólnie dość równa, chyba przygotowana już pod asfalt.

Przed wjazdem w góry musieliśmy zatankować. Niestety znalezienie stacji z dieslem wcale nie było takie oczywiste. Całe szczęście się udało. Oczywiście pomimo oznaczeń, że można płacić Visą nigdzie ich nie przyjmowali.

 

W końcu park narodowy Valbone [42o25’13”N; 19o52’01”E, 1032 mnpm]. Bardziej płaski niż Theth, ale widoki równie piękne.

Zaczęliśmy od brodzenia w wodzie, a później poszukiwania miejsca na obóz.

 

Udało nam się znaleźć świetną lokalizację – dużą polanę z budynkiem, którego dach był w opłakanym stanie, ale dla nas stanowił idealny materiał na ognisko. Jednak zanim rozpoczęliśmy rozbijanie obozu pojechaliśmy do jedynej knajpy w parku, żeby coś zjeść i wypić piwo [42o05’56”N; 19o49’01”E, 87 mnpm].

Tym razem na talerzach wylądowała jagnięcina i kozina. Jagnięcina była niezła choć mocno przypalona. Z kolei kozina pachniała jak najbardziej kozą, ale była dość tłusta i niewiele miała mięsa. Ciekawostką było piwo oferowane przez restaurację. Mieli oczywiście Tirane, ale również Amstela i piwo Peja. Ja odważnie zamówiłam Peje, nie wiedząc i nie znając tego piwa. Kelner z dość sporym wzburzeniem pytał dwa razy czy jestem pewna, bo to przecież piwo z Kosowa. Było dobre choć, żeby je dostać trzeba było trochę powalczyć.

 

Po posiłku udaliśmy się na upatrzone wcześniej miejsce obozu [42o25’12”N; 19o51’57”E, 1058 mnpm].

Ognisko i przeszukiwanie budynku obok pozwoliło stwierdzić, że kiedyś musiała być tam szkoła. Co więcej, wciąż były tam książki. Oskar odnalazł ciekawą skrzynkę, której niestety nie mogliśmy zabrać ze sobą. Ale postanowiliśmy włożyć do niej kilka przedmiotów wyprawowych i ukryć ją w pobliżu polany. Jak ktoś ją znajdzie, niech dorzuci coś od siebie, a później dobrze ukryje przed tubylcami.

Cały park jest miejscem raczej wymarłym. Poza restauracją, w której jedliśmy jest jeszcze kilka domów, w których widać życie. Pozostałe to opuszczone budynki chylące się ku upadkowi.

03.05.2012 (czwartek)

Przed nami pozostał ostatni park – Lure. Trasa w dużej części asflatowa, dopiero pod sam koniec wjechaliśmy na szlaki bardziej przystosowane dla aut terenowych. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w miasteczku Bajram Curri, gdzie można było zrobić solidne zakupy.

 

Trasa pomimo asfaltu nie była łatwa. Liczna ilość serpentyn i szpilek potrafiła zmęczyć każdego. W okolicach Kukes złapał nas lekki deszcz, ale bardziej postraszył niż rzeczywiście zmoczył. Z asfaltu w końcu zjechaliśmy dla drogę szutrową. Bardzo wąską z dużą ilością małych, ostrych kamyków. Wyminięcie kogokolwiek na tej drodze wydawało się niemożliwością. Oczywiście zgodnie z prawem Marphiego trafiliśmy na ‘przeciwnika’ z naprzeciwka. I to nie byle jakiego. Wielką, niebieską ciężarówkę. Całe szczęście, że kierowca podjął decyzję, że wyminie nas od strony przepaści! Każde z aut mocno przytulone do skalistej ścianki po lewej stronie w spokoju oczekiwało, aż wielka ciężarówka minie go po prawej. Udało się.

Kilka zakrętów dalej zostaliśmy zatrzymani przez mieszkańca przydrożnego domu, którego poczęstowaliśmy papierosami [42o56’17”N; 20o21’56”E, 375 mnpm]. On w zamian zaoferował kawę – tradycyjną albańską. I tak wspólnie na 3 kocach usiedliśmy u niego na podwórzu. On przyniósł małą butlę z gazem, mały garnuszek do parzenia kawy i serwis kawowy. Później sukcesywnie robił po jednej kawie dla każdego. Aż skończył się gaz. Polecam każdemu kto zwiedza Albanię wizytę tego typu – trudności językowe, różnice kulturowe nie mają znaczenia. Liczy się wspólny czas. I radość, że możesz komuś coś zaproponować od siebie.

Tego dnia nie udało nam się dotrzeć do Lure. Droga prowadziła przez szereg małych miasteczek i mieliśmy problemy ze znalezieniem miejsca na obóż. W końcu ruszyliśmy małą dróżką w las licząc, że oddalimy się trochę od cywilizacji. Niestety, nie udało się. Jednak było już zbyt późno, żeby szukać czegoś innego, a miejsce ogólnie nie wyglądało źle. Rozbiliśmy się w pobliżu gospodarstwa, zaraz pod szkołą i starym zamknietym meczetem. Właściciel gospodarstwa ugościł nas naprawdę konkretną rakiją, a następnego ranka byliśmy główną atrakcją uczniów szkoły [41o52’28”N; 20o19’08”E, 504 mnpm].

 

04.05.2012 (piątek)

O poranku mycie w strumieniu, chwila z książką i dalej do Lure.

W tej części Albanii zmienił się krajobraz. Ziemia nabrała koloru ceglastego. Było bardziej wilgotno i znacznie chłodniej.

Trasa też niełatwa, ale w końcu osiągnęliśmy cel podróży. Park narodowy Lure [41o47’39”N; 20o12’19”E, 1567 mnpm].

Tym co szczególnie przyciąga do parku to liczne jeziora polodowcowe. Nam jednak nie było dane zobaczyć żadnego z nich. Najpierw były pułapki drzewne, z którymi radziliśmy sobie na różne sposoby – albo siłą, albo siekierą. Później śnieg. Przez pierwszy przebiliśmy się bez problemu. Drugi był większym wyzwaniem logistycznym, ale w końcu również się udało – przynajmniej dwóm autom. Pojechały na rekonesnas dalej, sprawdzić czy jest sens przeciągać najniżej zawieszonego Land Cruisera. Nie było. Kilkaset metrów dalej wielka czapa śniegu uniemożliwiała dalszą jazdę.

W tym wypadku pozostało nam znalezienie miejsca na obóz i zrobienie ostatniego porządnego ogniska pożegnalnego. To był nasz ostatni obóz na albańskiej ziemi [41o48’01”N; 20o12’33”E, 1372 mnpm].

Park Lure w większości podobno zalesiony jest bukiem, choć my oglądaliśmy z goła inny krajobraz. Przede wszystkim wielkie połacie wysuszonych drzew. Do tego przebijające się wszędzie czerwone skały tworzyły piękny kolaż kolorystyczny. Szkoda, że tak szybko skończyła się nasza przygoda w tym miejscu.

Ze względu na zimno i również dość dużą wysokość, sen nie przychodził łatwo. W nocy kilkakrotnie się budziłam i nasłuchiwałam dźwięków lasu. Jedna chwila zmroziła mi delikatnie krew w żyłach, jak usłyszałam ciche wąchanie tuż obok głowy – całe szczęście po drugiej stronie namiotu. Nie miałam odwagi wyjrzeć co to było, ale zgodnie z informacjami o parku Lure, znajdują się w nim zarówno misie, jak i wilki, rysie oraz mniej groźne sarny. Nikt i nic nie zostało zjedzone, ale z uśnięciem nie było później tak łatwo.

 

05.05.2012 (sobota)

Ostatni poranek i ostatnie pakowanie aut przebiegało dość spokojnie i trochę na zwolnionych obrotach. Mieliśmy jeszcze zawitać do Peshkopii tuż przed granicą z Macedonią, a później Goodbye Albanio.

Trasę zaczęliśmy z lekkim stresem, bo w bakach zaledwie 1/4 paliwa, a droga po górach. Próbowaliśmy znaleźć jakąś stację w pobliżu, niestety najbliższa była w Peshkopii. Należy zwracać szczególną uwagę na ilość paliwa w baku przed każdą podróżą w góry albańskie. Tam wysoko nie łatwo znaleźć stację benzynową, no chyba że taką jak poniżej, raczej zamkniętą.

 

Do Peshkopii dotarliśmy w okolicach 13-stej. Najważniejsze było tankowanie. Na drugim miejscu zakupy. Niestety miasto jest zbyt małe i niezbyt nastawione na turystykę, bo sklepu z suvenirami nie uświadczysz.

Skusiliśmy się za to na obiad w albańskiej restauracji, gdzie zamówiliśmy steka wołowego oraz dwie porcje Qofty. Stek bardzo twardy, nie przypadł mi do gustu. Za to Qofty rewelacyjne.

 

Jako pamiątki z Albanii przywieźliśmy małe imbryczki na kawę oraz ser w stylu greckiej fety. Do tego oczywiście piwo i wino, ale bez szaleństw.

Z lekką nostalgią mijaliśmy granicę albańsko-macedońską. Z lekkim niedosytem. I z myślą, że jeszcze tu wrócimy, bo przecież pozostało jeszcze dużo miejsc do odwiedzenia.

SPONSORZY

(6 głosów , średnia 5)
Zagłosuj:
Dodaj komentarz Poleć znajomemu